TAJLANDIA I KAMBODŻA 2016


















Tajlandia i Kambodża 2016/ 2017 – zawiedzione nadzieje…


Zacznę od wpisu dotyczącego spraw organizacyjnych. Z uwagi na nasz pobyt w Tajlandii w okresie świąteczno – noworocznym ceny naszych noclegów były co najmniej 2 razy wyższe niż w okresie styczeń/ luty. Nam niestety pasował tylko taki termin wyjazdu, ale mając możliwość wyboru należy jednak tego czasu unikać z uwagi na absurdalne ceny nie tylko hoteli, ale innych usług turystycznych także.






1 dzień






Zaczęliśmy tą podróż od wyjątkowego wyluzowania. Nie byliśmy nigdzie na wakacjach, długo czekaliśmy na tą wyprawę. I chyba jak już ten czas nadszedł, to odetchnęliśmy z radością i…złapaliśmy totalny luz. Na lotniskach poruszaliśmy się jak przysłowiowe muchy w smole. Na pełnym luzie przychodziliśmy do kolejnych bramek i okazywało się, że jesteśmy już pod koniec boardingu.


Bangkok przywitał nas przyjemnym ciepłem. Wczesnym popołudniem wyszliśmy z lotniska. Temperatura wtedy oscylowała około 30 stopni C, ale nie było wilgotno, było sucho, więc nie odczuliśmy uderzenia ciepła. Przez pomyłkę wyszliśmy na niewłaściwym poziomie i za taxi chcieli od nas 1000 bathów (1 THB = 0,11 zł). Ale od razu jakiś człowiek wskazał nam drogę na piętro niżej i tam wzięliśmy taxi. Zaczęło się dobrze, gdyż Tajowie na dzień dobry zaprezentowali się jako pomocni ludzie. Wiedzieliśmy, że w przypadku podróżowania taksówkami, trzeba prosić o włączenie taksometru, ale kierowca się uparł, że taniej będzie bez włączania go. Jako, że dopiero przybyliśmy, to nasze blade twarze były kiepską kartą przetargową. Za cholerę nie chciał się z nami uczciwie targować. Chociaż udało nam się zejść z 600 THB do 450 THB za naprawdę długą drogę do naszego hotelu (kurs z hotelu na lotnisko jest tańszy). Oznaczało to, że wg tego, co sprawdzałam w Internecie przed wyjazdem, w najgorszym wypadku przepłaciliśmy o jakieś 150 THB, a w najlepszym wcale, bo na tyle się ludzie targują. Przy potężnym jetlagu to i tak nieźle nam poszło. Zmęczenie i zmiana sterfy czasowej dała nam się we znaki.






















Na agoda.pl w promocji zarezerwowałam nam Prince Palace Hotel (agoda ma ten plus przed booking.com, że zapłaciłam tyle, za ile zarezerwowałam. Teraz kurs dolara jest wyższy i gdyby mi liczyli w USD to miałabym drożej. Na booking.com liczą według kursu z dnia, kiedy się płaci). Dostaliśmy 3 pokojowy apartament: 2 sypialnie i salon.















































Porzuciliśmy bagaże i popędziliśmy na basen. Mieścił się on na hotelowym tarasie, z którego rozpościerała się oszałamiająca panorama całego Bangkoku.






































Po zasłużonym relaksie ruszyliśmy tuk tukiem na Kao San Road. Mocno się targowaliśmy i dostaliśmy się tam za 80 THB (dystans około 3 km). Kao San jak Kao San – typowa, wręcz wzorcowa backpackerska ulica: głośna, kolorowa, bardzo przyjazna. Ale przeszliśmy z niej do bardziej klimatycznej Rambuttri Road, też kolorowej, ale spokojniejszej. Tam zjedliśmy pad thai (ceny od 50 THB na ulicy do 140 THB w restauracji)


















a następnie lody kokosowe (50 THB za 4 gałki lodów zrobionych na mleczku kokosowym i podanych w łupinie kokosa). Na dobranoc uraczyliśmy się świeżo wyciskanym sokiem z granatów. Ostatnio piłam taki w 1998 roku w Iranie! Mała butelka soku kosztowała 50 THB, ale pan sprzedał nam 2 butelki za 80 THB.


Drogi ten Bangkok…


Nie mieliśmy zamiaru próbować robali, bo tutaj sa one sprzedawane jako atrakcja dla turystów, a miejscowi nalewają się z białych, że to jedzą. Na jednym ze straganów zobaczyliśmy smażone tarantule. Nina bardzo chciała jednej spróbować. Oto dokumentacja fotograficzna tego wydarzenia.





















































2 dzień – wyjazd do Pak Chong – baza wypadowa do Parku Narodowego Khao Yai.






Ranna pobudka była wyjątkowo trudna, gdyż jetlag przyczepił się do nas jak rzep do psiego ogona. Walizki zostawiliśmy w hotelu ( przechowanie za darmo) i taksówką pojechaliśmy na północny dworzec autobusowy Mo Chit. Transport kosztował nas 200 THB, choć na początku taksówkarze śpiewali nam ceny 1000 THB. Już widać, że coraz pewniej się czujemy, gdyż coraz sprawniej się targujemy. Droga z hotelu zajęła nam 20 minut. Dobrze się przygotowałam jeśli chodzi o podróż do Pak Chong. Wcześniej wyczytałam, że bilety należy kupić w kasie nr 49 na 3 piętrze dworca (na poszczególnych piętrach numery kas się powtarzają). Ponadto w przypadku podróży do Pak Chong nagminnie powtarzającym się zachowaniem jest sprzedawanie biletów do innych miejscowości pod pretekstem, że niby docelowo są do Pak Chong. Tylko ta jedna kasa sprzedaje bilety w to miejsce. Bilet dla osoby dorosłej kosztował 138 THB, a dla dziecka 133 THB. Agencje turystyczne na Rambutrri i Kao San żądały za transport 1 osoby w jedną stronę 600 THB (bez zniżek dla dzieci). Autobus mieliśmy o godz. 11: 30 (jeżdżą co godzinę od 6 do 19) i jechaliśmy 3 godziny. Czas wykorzystaliśmy bardzo racjonalnie czyli spaliśmy na bardzo mocno rozkładających się fotelach (prawie do leżenia). Autobus był z klimą. Wysiadając dowiedzieliśmy się, że autobusy powrotne do Bangkoku mamy także co godzinę (o każdej pełnej, od 6 do 20). Bilet kupuje się przez jazdą, nie można zrobić rezerwacji.


Niedaleko stanowiska szumnie nazywanego dworcem autobusowym znaleźliśmy sklep z kartami do telefonów i Internetu. Zakupiliśmy kartę do Internetu: 4GB, ważne na miesiąc – 300 THB. Potem pani z tego sklepu zadzwoniła nam do naszego hotelu, by załatwić nam podwózkę (pick up). Za 20 minut siedzieliśmy już w samochodzie właściciela hotelu Lake View, który wcześniej zarezerwowałam (tym razem na booking.com). Cena za 4 osobowy pokój była tak dobra – 500 THB – że rezerwowałam przez Internet. Hotel mieści się poza miastem, w ogrodzie, nad jeziorem. Można leżeć na hamaku i zajadać produkty prosto z ogrodu, gdyż na miejscu oferowane jest również jedzenie.














































Dodatkowe koszty pobytu tutaj:


- podwózka do hotelu – 100 THB,


- jedzenie: ryż – 20 THB, jajko – 15 THB, sałatka warzywna (gotowane warzywa) – 80 THB, mielona wieprzowina na ostro w sosie z trawy cytrynowej – 80 THB, sałatka z papai – 60 THB, kawa – 20 THB.


Zamówiliśmy sobie papaya salad (zrobiona z papai i papryczek chili z tutejszego ogrodu oczywiście) w stylu, w jakim ja spożywają Tajowie czyli dla nas bardzo ostro. Do drobno posiekanej papai dodano aż 4 papryczki chili. Danie było naprawdę bardzo ostre. Ale, co mnie bardzo zaskoczyło, daliśmy radę je zjeść na raz, bez zajadania i popijania łagodniejszymi produktami. Już nieźle jesteśmy wprawieni!







3 dzień – Park Narodowy Khao Yai i powrót do Bangkoku


Po śniadaniu, które nas kosztowało 120 THB od osoby (dlaczego prawie wszędzie na świecie śniadania są w cenie obiadów?!) właściciel naszego hotelu (chociaż może bardziej gospodarstwa agroturystycznego) – Anglik – zawiózł nas pod bramę Parku Khao Yai. Dalej mieliśmy zakupić sobie bilety wejściowe (dorosły 400 THB/ dziecko 200 THB) i złapać stopa, który dowiózłby nas do „Visitors Center” skąd wychodzą wszystkie trasy. Taki sposób poruszania się po Parku jest bardzo popularny. I tu zdarzyło się coś, czego absolutnie nie planowaliśmy. Do check pointu podjechało sporo dużych samochodów. My je minęliśmy, przywitaliśmy się z panem w mundurze i ruszyliśmy do przodu dalej w poszukiwaniu kasy biletowej. Po kilkunastu metrach zorientowaliśmy się, że najprawdopodobniej te duże auta zasłoniły nam kasy biletowe. My byliśmy już dawno za bramą Parku, nikt nas nie ścigał, więc ustawiliśmy się do łapania stopa. Tym dziwnym trafem do Parku dostaliśmy się za darmo. Już po kilku minutach siedzieliśmy na pace pick upa.




































W visitors center zapłaciliśmy za przewodnika. W Parku jest 6 tras. Według mapy 1 i 2 trasa wyglądały bardzo banalnie, ale trudno mi powiedzieć czy trzeba dla bezpieczeństwa brać przewodnika. My mieliśmy w pamięci fakt, że Polacy niedawno zgubili się w tym parku i zostali odnalezieni dopiero po 3 dniach. A nas nikt by nie szukał, gdyż nie kupiliśmy biletów wstępu i nikt nie wiedział, że tu jesteśmy! Wynajęcie przewodnika po trasach od 1 do 4 kosztowało 500 THB, po szlakach 5 i 6 – 700 THB. My wybraliśmy trasę nr 5 (3 godziny, 5 km). Szlak był bardzo kiepsko oznaczony, ścieżki często się rozwidlały, od pewnego momentu w lesie było zupełnie pusto. Była to typowa droga przez las, ale las deszczowy, czyli po korzeniach, kamieniach, wspinając się. Ale gdy dotarliśmy do pnia przerzuconego przez głęboką rzekę, to na chwilę się zawahaliśmy. Każdy marzy o takim przejściu, ale czasem boimy się spełnienia niektórych marzeń. Decyzję podjęliśmy błyskawicznie, bo Tomek wystartował jako pierwszy na drugą stronę, przeniósł plecaki, a następnie po kolei wracał po nas i trzymając każdego za rękę przeprowadził po pniu. W nagrodę po drugiej stronie rzeki Kacper znalazł 20 THB pod drzewem!

























Wędrówka była bardzo przyjemna, komarów nie było. Widzieliśmy ślady pozostawione przez słonie, gaury, niedźwiedzie.






































Cały czas towarzyszyły nam śpiewy i nawoływania gibbonów, ale żadnego z tych zwierząt nie dostrzegliśmy w zielonej gęstwinie. Nie nastawialiśmy się, że je zobaczymy, stąd nie było rozczarowania. W sumie taka wycieczka kosztowała całą naszą czwórkę 1400 THB – czyli 150 zł (transport do Parku + przewodnik). Gdybyśmy kupili bilety wstępu koszt wzrósłby do 2600 THB- czyli 270 zł. Gdybyśmy wzięli wycieczkę z agencji (najbardziej popularna w organizacji wycieczki do tego Parku to Tontan Travel) to zapłacilibyśmy około 1000 zł za 4 osoby! Kompletnie nieopłacalna sprawa. Oj, wtedy gdybym nie zobaczyła zwierząt, byłabym wściekła! A Park Khaoi Yai to nie zoo, tu żadne zwierzę się nie prezentuje.


Po lesie chodziliśmy w długich spodniach i koszulkach z długimi rękawami, pełnych butach i nakryciach głowy. Skarpetki naciągnęliśmy na spodnie, by ochronić się przed pijawkami. Mimo takiej ochrony Nina znalazła na swoim udzie kleszcza. Mięliśmy prze sobie specjalny przyrząd (mini lasso) do usuwania kleszczy. Wozimy go ze sobą od 6 lat, a dopiero teraz się przydało! Dobrze, że dotychczasowy brak zdarzeń nie zniechęcił nas do zabierania go ze sobą.






















































































































































W Parku zjedliśmy lunch – potrawy za 40 – 60 THB (bardzo tanio) i stopem wróciliśmy pod bramę Parku (nie czekaliśmy nawet 2 minut na podwózkę). Stąd zabrał nas nasz Anglik. Z hotelu zabraliśmy bagaże i odwiózł nas na dworzec (100 THB). Tym razem wróciliśmy do Bangkoku szybszym i nawet tańszym transportem w postaci minibusa – koszt to 520 THB za 4 osoby. Nie trzeba wcześniej rezerwować biletów.





















Taxi z dworca Mo Chit do hotelu na taksometrze i przez płatną autostradę kosztowała nas 150 THB (obliczyliśmy cenę za 1 km: to jest niecałe 8 THB + 35 THB za trzaśnięcie drzwiami + cena autostrady: w zależności od wjazdu 50 lub 70 THB).


Wszystkie nasze noclegi w Bangkoku mamy w Prince Palace Hotel. Jest to wygodne, gdyż niepotrzebne bagaże zostawiamy w hotelu. Obok niego znajduje się znacznie ciekawszy niż na Kao San Road nocny targ z owocami morza, jedzeniem i owocami. Tu przychodzą miejscowi Tajowie jeść i zaopatrywać się w świeże produkty. Przepyszny kurczak na patyku (pierś) w chrupiącej panierce kosztował 1 zł! Chyba stanowiliśmy atrakcję w tym miejscu, gdyż panie sprzedające robaki, poczęstowały nas nimi za darmo, nie żądały opłaty za zdjęcia. Nawet smakowały, ale cieszę się, że nie muszę ich jeść na co dzień.


























Szejki owocowe (próbowaliśmy kokosowe i truskawkowe) też mają pyszne – 25 THB. Piliśmy je z lodem i obywało się bez sensacji żołądkowych.


Ale Tajlandia stała się mocno turystyczna, gdyż już rzadkością jest podawanie ostrych potraw. Tajowie nauczyli się gotować łagodnie pod turystów. A my proszący o potrawy w tajskim stylu uważani jesteśmy za dziwaków i non stop ostrzegani, że są ostre. No cóż, jesteśmy jeszcze ze starego pokolenia podróżników. Nie potrzebujemy by nam podawano nieprawdziwą, ale strawną papkę. Wolimy może mniej kolorowy, ale realny świat. Trudno tu o niego w Tajlandii.


Z jednej strony kraj tak mocno rozwijający turystykę ma ludzi bardzo kiepsko mówiących po angielsku. Tak zmiękczają wymowę, że ani Tomek, ani ja nie rozumiemy ich. Co więcej, zauważyliśmy, że Anglicy czy Amerykanie też ich nie rozumieją! Do tej pory podczas naszych podróży ja lepiej od Tomka rozumiałam miejscowych. Ale kiedy poprawiłam swoje umiejętności językowe w zakresie angielskiego, no cóż, jak widać straciłam tą umiejętność. Za to znacznie lepiej rozumiem anglojęzycznych z urodzenia ludzi! Coś za coś.


4 dzień – lot do Chiang Rai





Wszystkie wewnętrzne loty kupiłam w lutowej promocji Air Asia i płaciłam za nie około 10 euro. Rano na lotnisko Don Mueng jechaliśmy około godziny (dystans 21 km, odległości sprawdzamy w aplikacji działającej offline „maps.me”), w potwornych korkach, wybierając opcję przejazdu przez płatną autostradę i jadąc na taksometrze zwanym tu miterem. Zapłaciliśmy 305 THB (w tym 70 THB za autostradę). Pod hotelem zaśpiewali nam cenę 1200 THB! Gorzej było w Chiang Rai. Tutaj mieliśmy wielkie problemy z pokonaniem cwaniactwa taksówkarzy. Zauważyliśmy, że im mniejsze miasto, tym większa ich zmowa, ale targować się należy zawsze. Za kurs z lotniska do centrum (10 km) zapłaciliśmy 160 THB.


W Chiang Rai nie mieliśmy wcześniej zarezerwowanego hotelu (jedyne takie miejsce podczas całej wyprawy). Koło godziny zajęło Tomkowi znalezienie dla nas noclegu. Mnóstwo miejsc było zajętych. Musieliśmy zadowolić się pokojem dwuosobowym (z łazienką, ciepłą wodą i AC), do którego dostawiono nam 1 materac. Na szczęście wozimy ze sobą dodatkowy materac dla córki (mały, lekki z Decathlonu), który też się zmieścił w pokoju. Miejsce o nazwie Orchids Guest House było bardzo przyjemne. W cenie noclegu – 650 THB – mieliśmy kawę, herbatę, kakao i owoce w cenie.



Obiad zjedliśmy w małym i nieco niechlujnym miejscu. Smak nie powalił nas na kolana, ale było tanio.






















Jak to zwykle bywa w Azji Południowo – Wschodniej, takie miejsca są kombinatami i oferują mnóstwo innych usług. Wybraliśmy sobie wycieczkę do wodospadów, wioski plemienia Lisu i gorących źródeł – 2300 THB za samochód 4x4 z kierowcą. Pierwotnie mieliśmy zamiar pojechać do Złotego Trójkąta, ale mnie najbardziej zależało, by zajechać do wioski jakiegoś górskiego plemienia, a ta wycieczka tego nie obejmowała (kosztowała 2800 THB za samochód z kierowcą). Najbardziej by nie urządzało wziąć samemu kierowcę, bez pośrednictwa agencji, i pojeździć po okolicy. Ale nie spotkaliśmy nikogo, kto by nie cwaniakował jeśli chodzi o ceny. I jaką da mi gwarancję, że wejdę do wioski i zajrzę do domu jakiejś miejscowej kobieciny? Trzeba było przyjąć ten agencyjny kompromis.


Po obiedzie (tanim, ale niestety niezbyt smacznym) ruszyliśmy do Białej Świątyni (Wat Rong Khun). Najtaniej można się tam dostać jadąc małym, lokalnym autobusem za 20 THB w jedną stronę (odjeżdża co 30 min i jedzie 30 min) odjeżdżającym z terminala nr 1 (w każdym hotelu dają mapki miasta). Przymierzyliśmy się do tej opcji, ale sprawdzając, że świątynia otwarta jest tylko do godz. 17:00, a dochodziła godz. 16:00, niestety wzięliśmy szybszą taksówkę – 150 THB w jedną stronę + 50 THB za pół godziny czekania (specjalnie zwróciliśmy uwagę: taksówkarze byli zajęci, każdy miał zarezerwowanych pasażerów, wolnych taxi nie widzieliśmy).


Wat Rong Khun absolutnie warta była zachodu dotarcia do niej. Maleńka, jakby przeniesiona z bajki, śnieżnobiała i jednocześnie srebrząca się budowla zachwycała swoim niezwykłym widokiem. Wstęp kosztował 50 THB. Wnętrze nie było tak spektakularne. Dalekie od bogatych, misternych rzeźbień cechujących fasadę, zadziwiło nas jednak jedną ścianą. Spotkali się na niej m.in.: Elvis Presley, Minionek i Picachu (postaci z kreskówek) oraz tragedia WTC. W środku nie można robić zdjęć. Ale…


























































Wieczorem poszliśmy na nocny targ. Jedzenie tam znowu nas nie zachwyciło. Obecność dużej chińskiej mniejszości w Chiang Rai zdominowała kuchnię. A prawdziwa kuchnia chińska mi nie smakuje. Nie te przyprawy, dziwactwa do jedzenia. Chętnie zjadłabym krewetki w mleku kokosowym z trawą cytrynową i chilli. Taka potrawa była nieosiągalna. Owszem, krewetki były: w tempurze (głównie zajada się panierkę) lub grillowane (nieprzyprawione, bez smaku). Ale dzień został uratowany pysznymi lodami domowej roboty. Za 4 kulki o smaku kokosa i mango ze słodkim ryżem w zielonym kolorze, sosem kokosowym i jakąś chrupiącą posypką zapłaciliśmy 35 THB.

























5 dzień – okolice Chiang Rai i przejazd do Chiang Mai


Wcześnie wstaliśmy, by ruszyć na naszą opłaconą wczoraj wycieczkę. Kierowca anglojęzyczny okazał się być bardzo młodym człowiekiem o nikłej znajomości tego języka. Na początek pojechaliśmy do chińskiej buddyjskiej świątyni, w której największą atrakcją był ogromny posąg Buddy stojący na wzgórzu.































Musieliśmy się sprawnie uwijać, gdyż do miejsca tłumnie zmierzały „chińskie wycieczki zakładowe”.










Następnie przejeżdżaliśmy przez herbaciane wzgórza
















Później pojechaliśmy do wodospadów. Trasę około 1 km trzeba było pokonać wspinając się w lesie. Jak zwykle wybrałam się w japonkach, co znacznie utrudniło mi poruszanie się po terenie.





















Następnym nieoczekiwanym punktem podróży była wizyta u rodziny hodującej węże, które tu są bardzo powszechne. Dzieci niesamowicie naciskały na taką atrakcję. Nina wybrała do zdjęcia 15 letniego pytona albinosa ważącego 50 kg!













Dalej już wg planu pojechaliśmy na plantacje herbaty uprawiane przez plemię Lisu, a miła starsza pani wpuściła nas do swego domu i napoiła naparem. Dom zbudowany z bambusa i kryty trawą stał obok innych chatek w tym samym stylu. Ale w obejściu były także dobrze nam znane murowane domy z dachami z blachy i wykafelkowanymi podłogami. No cóż, każdy chce żyć jak najlepiej…














W trakcie wycieczki zaplanowano czas na lunch. Każde danie kosztowało 40 THB, a picie 20 THB. Następnie podjechaliśmy do Parku, w którym wytryska gorące źródło, a staw obok różowi się od lilii wodnych.




Potem czekał nas relaks w gorących źródłach (nie w tym Parku). Ponad godzinę moczyliśmy się w basenach z ciepłą mineralną wodą (wstęp 20 THB/ 10 THB).












Do odjazdu autobusu został nam jeszcze czas i nasz kierowca zaproponował nam, że bez dodatkowej opłaty zawiezie nas do świątyni Wat Rong Sua Ten. Za wstęp do tego niebiesko – złotego przepięknego watu nie trzeba było płacić.

























Wycieczkę zakończyliśmy na dworu autobusowym (bagaże mieliśmy ze sobą). Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy sobie bilety kompanii Green Bus na ostatni autobus do Chiang Mai – o godz. 17:30. O tej godzinie jechał autobus I klasy (AC, woda, wafelki w cenie): cena biletu to 169 THB (dzieci 120 THB). II klasa: cena 132 THB; klasa VIP: cena to 263 THB (nie znam różnic między klasami). Po 3 godzinach byliśmy w Chiang Mai.




Tu zrobiliśmy błąd i nie wzięliśmy taxi z boxa na dworcu. Jest najtańsza. Transportu do naszego hotelu Wayside Guest House szukaliśmy dość długo z uwagi na wygórowane ceny. Wreszcie odcinek 7 km pokonaliśmy za ciężko stargowane 180 THB. Miejscówka jest prowadzona przez miłe tajsko – szwajcarskie małżeństwo. Stąd wreszcie mogliśmy usłyszeć zrozumiały angielski. Za pokój 4 osobowy (bardzo duży) z łazienką, ciepłą wodą, AC zapłaciliśmy 1200 THB za noc. Na Miejscu jedliśmy śniadania (różne opcje od 100 do 180 THB).




6 dzień – Chiang Mai i pobyt ze słoniami w Elephant Jungle Sanctuary




Jako wielki przeciwnik jazdy na słoniach (świadomość przyszła po pobycie w Nepalu) znalazłam wyjście: jak pobyć ze słoniami, ale nie przyłożyć ręki do ich męczenia i wesprzeć projekty ochrony tych zwierząt. Wybrałam Elephant Jungle Sanctuary, gdyż pracujący tu ludzie (w sumie z całego świata wolontariusze) wykupują od mahudów źle traktowane słonie, przewożą je na teren Sanctuary i tu pozwalają im żyć wolnymi od wożenia ludzi (słoń czuje jak mucha mu siada na skórze, a co dopiero wlezie na niego stado ludzi!)i pracy. Słonie te są dokarmiane przez ludzi, gdyż od dziecka żyły na ich łasce. Z pieniędzy wpłacanych przez turystów (niemałe, bo dorosły 1700 THB, dziecko do 10 lat 1300 THB) wykupują słonie oraz jedzenie dla nich (słoń dziennie je od 200 do 400 kg). Obecnie mają około 40 słoni. Przyjeżdżając tam ma się możliwość zobaczenia małej grupy słoni (żyją wolne na dużym terenie), która przychodzi na karmienie.




Zostaliśmy zabrani z naszego hotelu i po około 1,5 godziny dotarliśmy do campu nr 6. W międzynarodowym towarzystwie, po krótkim szkoleniu jak bezpiecznie zachowywać się wśród słoni, udostępniono nam możliwość przebywania z tymi niesamowitymi zwierzętami przez kilka godzin. Z rykiem i tumultem ze wzgórza zbiegło stado kilku zwierząt, w tym 49 dniowe maleństwo! Karmiliśmy je, przytulaliśmy się do nich, one nam dawały buziaki, głaskaliśmy je.































































































Wszędzie słychać było śmiech. Dzieci były już na tyle duże, że nie musieliśmy ich pilnować. Same uważały, by nie dać się podeptać i zgnieść przez te olbrzymy. Potem ubrani w kostiumy kąpielowe zeszliśmy do bajora pełnego błotnistej wody, by smarować błotem słonie. Przy okazji także my wszyscy zostaliśmy tym błotem wysmarowani i poobrzucani. Woodstock! Po tym „spa” wraz ze słoniami szliśmy się kąpać do rzeki! Tu słychać było tylko piski, a woda rozbryzgiwała się na wszystkie strony!







Minusem było tylko to, że w tym dniu było dość chłodno, około 23 stopni C, słońce schowało się na cały dzień za deszczowymi chmurami (na szczęście wtedy nie padało), a woda w była dość zimna. No, ale niecodzienność atrakcji powodowała, że nikt nie zwracał większej uwagi na chłód. Potem można było wziąć prysznic (zimny) i zjeść lunch (w cenie). Doświadczenie było niesamowicie wzruszające, w pamięci na całe życie. Jedyną zadrą było to, że rezerwując online mieliśmy dostać koszule plenienia Akha jako bonus. Na końcu kazano nam je oddać lub za nie zapłacić. I nie pomogło pokazanie im ich własnej oferty na stronie internetowej. Stwierdzili, że to przy dłuższym pobycie, chociaż takiej uwagi na stronie nie było. Po wszystkim zostaliśmy odwiezieni do hotelu (transport w cenie). Z facebooka pobiera się zdjęcia, które wolontariusze robią na miejscu.




Na kolację postanowiliśmy pójść na nocny targ tak zachwalany przez wielu rodaków. To miejsce bardzo nas rozczarowało. Większość stoisk sprzedawała ciuchy lub pamiątki. A punkty z jedzeniem nie pachniały smacznie, za to oferowały wysokie ceny jak na spartańskie warunki spożycia posiłków. To miejsce w ogóle nie miało klimatu. A może już tyle takich miejsc widzieliśmy na świecie, że kompletnie nie robią na nas wrażenia? Ale wyczytałam także w którymś numerze Travelera 2016, że na tym targu przepysznie gotuje kobieta w kowbojskim kapeluszu. Łatwo do niej trafić, gdyż ustawiają się do niej kolejki. Żadnych tłumów stojących po jedzenie ani takiej kobiety nie spotkaliśmy. Może też ma urlop?

Nie mniej jednak Nina zrobiła zakupy

















7 dzień – wylot z Chiang Mai do Kambodży (Phnom Penh) przez Bangkok




Taksówka z hotelu na lotnisko w Chiang Mai kosztowała nas 150 THB. Wylądowaliśmy na terminalu 2 lotniska Don Mueng w Bangkoku i musieliśmy przejść na terminal nr 1 (około 15 minut), skąd za 3 godziny mieliśmy wylot do stolicy Kambodży – Phnom Penh. Każdy z lotów był krótki i trwał około 1 godziny. W Phnom Penh taxi z lotniska do naszego hotelu OK Guest House położonego koło Pałacu Królewskiego kosztowała 12 $ (tuk tuk – 10 $ - ale jedzie się w pyle i spalinach dość długo). W OK GH mieliśmy zarezerwowany pokój 4 osobowy z łazienką, ciepłą wodą i AC za 28 $. Na miejscu okazało się, że jednak dostaliśmy 3 osobowy za 23 $. Połączyliśmy łóżka i bez problemów się przespaliśmy. Miejsce było znośne. Ja śpię ze stoperami, ale reszta rodzinki narzekała na hałas. Na kolację poszliśmy do pobliskiej Kathmandu Kitchen: Indian & Nepalese Restaurant. Jedzenie nas zachwyciło. Inna sprawa, że uwielbiamy taką kuchnię. Dzieci zjadły ze smakiem smażony ryż z kurczakiem – 3 $, a my sakiewki z warzywami w sosie curry (samosa) – 4,5 $, zapiekany cheddar (cheese pakora) – 4,5 $, naan – 1 $, mango lassi – 1, 75 $. Wodę i mini desery dla każdego dostaliśmy gratis.




8 dzień – wyjazd do Siem Reap i pierwsza wizyta w Angkor Wat




Na jednym z blogów pisanych przez jakąś Australijkę mieszkającą w Kambodży znalazłam opis wszelkiego transportu z Phnom Penh do Siem Reap. Kierując się nim wybrałam najszybszy, a zarazem najbezpieczniejszy




Po przyjeździe poszliśmy na obiad do khmerskiej garkuchni przy ulicy o nazwie Siv – Long Restaurant. Przepyszne zielone curry na ostro z warzywami i krewetkami (do tego porcja ryżu w cenie) za 3,50 $ oraz szejki za 1 $ przygna nas w to miejsce znowu.




Potem wróciliśmy do hotelu i jak to jest tu w zwyczaju wzięliśmy tuk tuka za 7 $ na kilka ostatnich godzin do Angkor Wat. Ja już nie mogłam się doczekać, by stanąć w tym sławnym, dawnym khmerskim królestwie. Czekałam na to aż od 1999 roku, gdy zapragnęłam to zobaczyć. Wybraliśmy bilety 3 dniowe w cenie 40 $ od osoby dorosłej. Okazało się, że za dzieci nie musieliśmy płacić. Osoby poniżej 12 lat wejście mają za darmo. Ale niestety jest to liczone nie według daty urodzenia, a według rocznika. Nasze starsze dziecko – Kacpi – urodzone 31 grudnia 2006 r. jeszcze tylko w przyszłym roku załapałby się na darmowe wejście.




Większość miejsc w kompleksie Angkor otwarta jest od godz. 4:00 (wschód słońca) do godz. 18:00 (zachód słońca). Przez ponad 2 godziny udało nam się zwiedzić świątynię, od której pochodzi nazwa tego miejsca czyli Angkor Wat (co oznacza Miejska Świątynia). Jutro będziemy mogli już to miejsce pominąć w planie zwiedzania. Na terenie kompleksu kupiliśmy sobie obrane owoce po 1 $: ananasa i mango.

































































































9 dzień – 11 dzień: zwiedzanie Angkor Wat




By zwiedzić świątynie w Angkor Wat cały czas trzeba było zabierać ze sobą bilety (są ze zdjęciem właściciela biletu zrobionym podczas kupowania) – wszędzie jest mnóstwo punktów kontrolnych. Za każdym razem trzeba pokazywać bilety. Kacpra paszport z uwagi na możliwość identyfikacji roku urodzenia też nam kazali zabrać. Jednak nigdzie nie musieliśmy go pokazywać. Do niektórych świątyń dzieci poniżej 12 roku życia nie mają wstępu. Powodem są strome i wysokie schody. Nasze dzieci były już na tyle duże, a kraj bezpieczny, że zostawialiśmy je w cieniu, a potem po nie wracaliśmy. Trzeba mieć jednak na uwadze to, że czasem nie jest tak prosto wrócić, gdyż kierunki zwiedzania są „one way”, wychodzi się inną stroną niż wchodzi. Ale ludzie tutaj są pomocni i wskazują inne drogi powrotu do wejścia.




Najpopularniejsze zwiedzanie Angkoru polega na wyborze danego dnia tras:




- mała pętla – tuk – tuk: 13 $ (my zapłaciliśmy 12 $, płaci się po powrocie),




- duża pętla – tuk – tuk: 15 $,




- Banteay Srey – tuk – tuk: 20 $: ta świątynia jest najdalej położona. Mała, ale przepiękna, zbudowana z czerwonego kamienia – zrobiła na nas ogromne wrażenie. A co wy na to?:
















































Na powyższym zdjęciu znajduje się sprzedawca soku z palmy. Generalnie odradzamy ten napój gdyż w smaku przypomina on napar sporządzony po wlaniu wody do popielniczki pełnej kiepów i pozostawieniu jej na noc do naciągnięcia smaku.





Tuk – tuk jest najoptymalniejszym środkiem służącym do poruszania się po ogromnym obszarze kompleksu Angkor. Jest tani, gdy weźmie się pod uwagę odległości do pokonania, zabiera do 4 osób i odpoczywa się na kanapie po trudach wielogodzinnego zwiedzania. Zabiera z i podwozi do hotelu. Można także wypożyczyć rowery, a nawet rowery elektryczne. Ale wkładanie wysiłku w pedałowanie w upale i ciężkim od wilgoci powietrzu raczej odbiera chęć oraz radość zwiedzania. Wypożyczenie skutera też wiele nie poprawia, gdyż ciągle trzeba się martwić o drogę, która jest kiepsko oznakowana.




Nasz kierowca tuk – tuka o zaskakującym imieniu Sopot – codziennie zabierał dla nas wodę mineralną na cały dzień, częstował nas gotowanymi kolbami kukurydzy (w kolorze fioletowym) oraz piwem (w cenie!).













Te 2 dni zwiedzania zaplanowaliśmy tak, że drugiego dnia pojechaliśmy do Banteay Srey, a potem zrobiliśmy małą pętlę. Trzeciego dnia objechaliśmy dużą pętlę. Numerem jeden i absolutnie magiczną świątynią dla mnie był Bayon. Wieże z wizerunkami twarzy tworzyły atmosferę tajemniczości. Ich wizerunek tchnął stoickim spokojem. Patrzyły na nas jak na wszystkich sprzed setek lat i tych co nastaną po nas.












































































































Będąc tam zapominało się o innych licznych turystach. Za to trudno było tego dokonać w Ta Phrom ustawiając się w kolejce do zdjęcia z drzewem oplatającym okno. Trwał tam remont i nie można było standardowo wyjrzeć przez okno, zdjęcia robiło się z rzeczonym widokiem w tle.










































































Większość tych świątynnych budowli przypominała nam piramidy Majów! Inny kontynent, a podobny sposób budowania. Położone wśród zieleni lasu, wieczorem zamieszkałe przez małpy, robiły oszałamiające wrażenie. Popołudniowe zmęczenie oraz powielanie motywów zdobniczych w wielu świątyniach tylko nieznacznie przyćmiewał potęgę tego miejsca.









































































































































Na terenie kompleksu nie jedliśmy obiadów. Ceny były z kosmosu, 2 razy wyższe od i tak sporych na mieście (np. zupa za 7 $!). Kupowaliśmy owoce, kokosy, home made placki serowo – kokosowe, pampuchy z mięsem i jajkiem, lody na szaszłykowym patyku. Bardzo trudno targowało się ceny. Zmowa „one dolar” była bardzo silna, ale czasem udawało nam się ją złamać. W końcu płacić 4,5 zł na mango czy ananasa w Kambodży, to tak jakby w Polsce tyle zapłacić za 1 jabłko! W ogóle ceny tu mieli bardzo wysokie: bułka słodka – 1,5 $, puszka 0,33 piwa od 0,5 do 1 $ w markecie (w knajpie 2$). Przeciętny posiłek stanowił koszt około 2,5 do 4 $. Standardowa cena szejków (można pić z lodem, który tu jest bezpieczny) to był 1$. Byle jaki cienki naleśnik kosztował 1 $, a człowiek nim się nie najadł. Woda mineralna 1,5 l kosztowała 0, 5 $. Śniadania mieliśmy tanie w naszym hotelu. Za 1 $ od osoby dostawaliśmy naprawdę pysznego omleta (niby co to za filozofia zrobić omlet, ale ten był doskonały), 3 tosty, masło, dżem, owoce (ananas, banan), herbata, kawa. Gdy to porównać z ceną 2 $ za 1 jajko na twardo kupione na ulicy, to mieliśmy ucztę za tego 1 $!




W Siem Reap warto pójść na targ i skorzystać z masażu. Tylko trzeba omijać punkty na skraju ulic, bo są 3 razy droższe. Za 1 $ można mieć 30 minutowy masaż stóp. W Phnom Penh ceny zaczynały się od 4 $.




12 dzień – powrót do Phnom Penh




Znowu jechaliśmy Post Vip Vanem. Ale tym razem kierowca, to był jakiś grubszy cwaniak. Część osób brał na lewo i nie dał nam wody. Upomnieliśmy się o nią pod koniec podróży. Po 5 godzinach dotarliśmy do stolicy, a potem tuk – tukiem za 1 $ do naszego hotelu OK Guest House. Jednak nie polecam tego miejsca, gdyż przemiła pani z recepcji o imieniu Pola, zachwycająca się naszą córką, chciała nas oszwabić na 3 $. Powiedziała nam, że rano taxi na lotnisko kosztuje 15 $ (przyjechaliśmy tu za 12 $) i tyleż od nas zainkasowała. Tomkowi jednak nie dawało to spokoju i poszedł sprawdzić zachodząc do kilku innych hoteli. Tam wszędzie potwierdzono, że oficjalny kurs wynosi 12 $, a taniej raczej będzie mu trudno znaleźć. Pola zwróciła nam 3 $.




Do Phnom Penh przybyliśmy późnym popołudniem i szybko popędziliśmy na zwiedzanie Pałacu Królewskiego i Srebrnej Pagody. Niestety nie zdążyliśmy. O godz. 16:30 nikogo już nie wpuszczano. Porobiliśmy tylko trochę mało efektownych zdjęć z zewnątrz. Pokręciliśmy się po okolicznych skwerach i deptaku nad rzeką, które zapełniały się kolorowymi piknikującymi rodzinami i parami. A potem poszliśmy na kolację do znanej nam nepalskiej restauracji na naszej ulicy. Wcześniej sprawdziliśmy ceny w okolicy deptaka – były one wyższe, niż w tej restauracji.






































Tomek je robaki.























13 dzień – przelot do Bangkoku




Na lotnisku w Phnom Penh trzeba było zamienić wydrukowane przez nas boarding passy Air Asia na boarding passy wydane na stanowisku check in. Pierwszy raz spotkałam się z taką praktyką. Po wylądowaniu w Bangkoku na lotnisku Don Mueng znowu wzięliśmy taxi (jadąc na miterze) do hotelu Prince Palace Hotel. Przy 4 osobach nieopłacalny był dla nas transport miejski. Szybko się zameldowaliśmy w hotelu i dostaliśmy karty do pokoju. Ale pokrótce okazało się, że pokój nie jest gotowy (w recepcji nic o tym nie wiedziano). Niepotrzebnie czekaliśmy na posprzątanie pokoju, bo jego koniec się oddalał. W rezultacie zostawiliśmy bagaże w nieposprzątanym pokoju, gdyż recepcja zagwarantowała nam ich bezpieczeństwo. Zresztą, kogo może interesować sterta brudnych ciuchów? Ruszyliśmy wreszcie na oglądanie Bangkoku. To zakorkowane i upalne miejsce jest bardzo trudne do zwiedzania. Na piechotę w skwarze daleko się nie zajdzie, a wieczorne spacery uniemożliwiają wstępy do najważniejszych zabytków. Pałac Królewski z Wat Phra Kheo (Świątynia Szmaragdowego Buddy) otwarty jest tylko do godz. 15:30, a bilet kosztował aż 500 THB (obowiązkowe zakrycie ramion i kolan, wypożyczenie spodni za darmo). Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) otwarte jest do godz. 17:30, bilet kosztował 100 THB (w gratisie do biletu była butelka wody).










































































Wat Arun otwarty jest do godz. 18:00, bilet kosztował 50 THB. Dzieci powyżej 120 cm płaciły jak dorośli. Ale na szczęście nikt nie mierzył nasze 125 cm córki i chociaż ona wchodziła gratis.









































Aby zobaczyć te wszystkie wyżej wyświetlone na zdjęciach bogato zdobione świątynie niechętnie, ale cóż było robić – spod hotelu pojechaliśmy tuk – tukiem pod Pałac (aż 130 THB za 4 km - długo się targowaliśmy). Spore odległości trzeba było pokonać na piechotę, gdyż trwały jakieś uroczystości pogrzebowe (zmarł król Bhumibol Adulyadej) i spory obszar był zamknięty dla ruchu kołowego. Do Pałacu dotarliśmy na godzinę przed zamknięciem. By zwiedzić go i sensownie wykorzystać sporą kwotę za bilety na miejsce to należy przeznaczyć czas 2 godzin. Dlatego też zrezygnowaliśmy z tej atrakcji. W potwornym upale, resztką sił dotarliśmy pieszo do Wat Pho (jest po drugiej stronie Pałacu patrząc od głównego wejścia). Przepychając się przez tłumy ludzi i wzajemnie sobie przeszkadzając przy robieniu zdjęć leżącego Buddę obejrzeliśmy dość szybko. Potem zwiedzaliśmy pozostałe części świątyni. Wychodząc głównym wyjściem poszliśmy w kierunku Wat Arun Pier (obsługa świątyni była bardzo pomocna i wskazywała drogę) – przystani, z której wodnym tramwajem (starym rupciem) dostaliśmy się za 4 THB (dzieci tyle samo) w jedną stronę (powrót analogiczny) do Wat Arun pokonując rzekę Menam. Niestety ta świątynia była częściowo w remoncie, a rusztowania psuły widok misternie udekorowanych stup. Ale można było znaleźć wolne od szpecących rur miejsca i podziwiać jak promienie zachodzącego słońca skwapliwie wydobywały z nich majestatyczne piękno. Do hotelu wróciliśmy po nieco dłuższych negocjacjach z kierowcą tuk – tuka za te same pieniądze, za które tu przyjechaliśmy.




14 dzień – wylot z Bangoku do Hat Yai




Wylatywaliśmy znowu z lotniska Don Mueng. Z Hat Yai musieliśmy się dostać do Pak Bara, by potem z tej miejscowości przepłynąć promem na Koh Lipe. Lądowaliśmy po południu i widzieliśmy, że nie zdążymy na ostatni prom (przejazd z lotniska do Pak Bara zajmuje ponad 2 godziny). Dlatego też musiałam zarezerwować nam nocleg w Pak Bara. Przyjechał po nas kierowca wysłany przez właściciela naszego hotelu Farmasuk Resort – przejazd za 1600 THB do samego hotelu. Z lotniska Hat Yai do Pak Bara można się dostać busem za około 250 THB, które odjeżdżają co godzinę z dworca oddalonego o 2 km od lotniska. Szukanie taxi spod lotniska na dworzec, tarabanienie się z bagażami i dziećmi odpuściliśmy sobie na rzecz wygodniejszego prywatnego transportu.




Nasze lokum okazało się być domkiem z dwoma dwuosobowymi pokojami i dwiema łazienkami położonym w przepięknym ogrodzie nad stawem (2 pokoje za 1700 THB).





























Właściciel zabierał nas do miasteczka swoim samochodem – do jego restauracji (urządzonej w europejskim stylu, ale o dziwo stosunkowo taniej i dobrej) oraz na drobne zakupy, które potrzebowaliśmy zrobić.


























15 dzień – transport z Pak Bara na Koh Lipe




Wybraliśmy sobie prom o godz. 11:30, by wreszcie trochę się wyspać. Właściciel naszego hotelu zawiózł nas do portu (podwóz w cenie pokoju) o godzinę wcześniej (15 minut drogi). Tam kupiliśmy bilety na prom (speed boat: 600/ 400 THB). Zabrano nam bagaże i kazano iść do terminala. Dodatkowo za wejście na niego płaciło się 20 THB od osoby. Te absurdy płatnicze zaczęły już nas denerwować. Ściąganie na siłę kasy z turysty stało się drażniące (w taksówkach kursujących z lotnisk do ceny doliczają też opłatę lotniskową!). Na terminalu kwitek stanowiący bilet zamienili nam na numerki. Gdy zapytaliśmy się czy możemy dostać niższe niż 28 – 31 numery, bo wolimy siedzieć z tyłu łodzi, dzięki czemu będziemy mniej narażeni na chorobę morską, to nam oznajmiono, że te numerki nie mają znaczenia przy wsiadaniu. Na przystani panował straszny chaos, raz nas kierowano na lewo, raz na prawo. W końcu namierzyliśmy nasze bagaże i przyleliśmy strategię trzymania się ich blisko. Wiadomo, wsiądziemy na łódź, na którą je załadują. Przy wsiadaniu okazało się, że numerki mają znaczenie, gdyż ustawiono nas w kolejkę. Tym sposobem nie załapaliśmy się na dogodne czy mniej bujane miejsca. Jak zwykle w Tajlandii – mówią ci to co chcesz usłyszeć, byleby cię spławić. Na szczęście okazało się, że łódką za bardzo nie buja i choroba morska nas ominęła.












Podróż miała zająć 1, 5 godziny, ale trwała dłużej, gdyż mieliśmy 2 przystanki:




1 – na Koh Tarutao – kto chciał wejść na plażę musiał zapłacić bilet wstępu do Parku Narodowego – 200 THB. Stąd staliśmy na brzydkiej betonowej przystani i coraz bardziej w nas się gotowało na bezsensowność tego przystanku. Łódź na tej wyspie opuściła jedna trzyosobowa rodzina, a my przez 15 minut patrzyliśmy na biały piasek ograniczeni betonowymi szkieletami, zamiast płynąć na naszą białą plażę na Koh Lipe. Lizanie lizaka przez papierek. Wreszcie ruszyliśmy dalej.




2 przystanek – na Koh Khai. Ładny widok skalnego łuku opadającego do morza i możliwość postawienia stopy na plaży złagodziło nasze rozdrażnienie.










Wreszcie dopłynęliśmy do Koh Lipe: biały, mięciutki piasek oplótł nasze stopy, a ciepła lazurowa woda zlizywała go ochoczo. Poderwaliśmy prędko nasze bagaże, by jak najszybciej dostać się do naszego hotelu. Ale drogę zagrodził nam mężczyzna w mundurze każąc iść kupić bilety do Parku Narodowego, w którego skład wchodziła właśnie nasza bożonarodzeniowa miejscówka. W tej samej chwili Kacper zaczął marudzić, że on tu nie chce być, gdyż będzie się strasznie nudził. W takim momencie nerwów nie dało się trzymać na wodzy. Tomek wybuchnął i nagadał mundurowemu, że jaki to Park Narodowy, kiedy wpływa tu tyle łodzi ze śmierdzącymi silnikami i nikt nie kontroluje napływu dzikich tłumów, które ją zadeptują i zanieczyszczają. Wszystko, co mój mąż wyrzucił z siebie, to była prawda, ale musiałam mu oznajmić, że niestety pan go w ogóle nie zrozumiał, gdyż jego angielski ograniczał się do słów: „buy ticket” i „national park”. A ja miałam dosyć stania w upale i walki z wiatrakami. Wściekłość Tomka pozytywnie przyczyniła się do tego, że kupił tylko 2 bilety, a nie 4. Mundurowy za nim nie stał podczas ich kupowania.




Nasz hotel – Green View Resort – znajdował się przy samej plaży oraz na wprost wyznaczonego w morzu basenu do pływania (niestety na Koh Lipe większość przestrzeni w wodzie była zajęta przez stare łodzie i zasłaniała to co najpiękniejsze i po co tu przyjechaliśmy – czyli morze). Bambusowe domki oferowały bardzo proste warunki bytowe: pokój z podwójnym łóżkiem z moskitierą, wiatrak i łazienkę z niestety zimną wodą. To była najtańsza miejscówka przy plaży, jaką tam znalazłam. Choć uważam, że cena za te kiepskie warunki była zbyt wygórowana. Za pokój 2 osobowy (większy był za drogi) płaciliśmy 2450 THB za noc. I z uwagi na okres świąteczno – noworoczny musieliśmy wykupić nocleg co najmniej na 5 dni. W tej cenie ta zimna woda to była już żenada. Ten dwuosobowy pokój był na tyle ustawny, że zmieścił się tam materac dla Kacpra. Wyprosiliśmy (za darmo) dodatkową moskitierę, którą Tomek podwiesił na lince (zawsze zabiera ze sobą) nad legowiskiem syna oraz prześcieradło dla niego. Nina spała z nami.





































To był dzień Wigilii.


















Wieczorem w barze poprosiliśmy o gorącą wodę i zrobiliśmy sobie barszcz czerwony z zupki w proszku Winiary. Świąt nam w ogóle nie brakowało. Wyjechaliśmy z kraju jeszcze przed świąteczną krzątaniną i nie odczuliśmy atmosfery wyczekiwania bożonarodzeniowych atrakcji.


















16 – 19 dzień – pobyt na Koh Lipe




Wszystkie dni były do siebie podobne. Wstawaliśmy bez stresującego dźwięku budzika. Około godz. 9:00 zaczynaliśmy dzień wyjściem na śniadanie. Chodziliśmy na bagietki z tuńczykiem i warzywami, a dzieci na bagietki z jajkiem i warzywami (każda po 70 THB). Potem następowało plażowanie polegające na prawie nieustannym moczeniu ciał w cieplej wodzie przerywanym z rzadka wypełzaniem na ląd w celu krótkiego zażycia promieni słonecznych. Tak silnie odbijały się one od przypominającego mąkę piasku, że mimo okularów słonecznych, raziły w oczy. Upał nieznośnie parzył ciało i wyganiał je do wody tym chętniej, że tuż przy brzegu była rafa koralowa. Snorklowaliśmy wszyscy (sprzęt zabraliśmy swój) wymieniając się wzajemnie przepełnionymi emocjami informacjami, gdzie kto widział błazenki, czerwono – brązowe ryby, niebiesko – żółte ryby, ślimaki, węże morskie czy kłapiącą paszczą, ukrywającą się pod skałami fioletowo – brązową murenę! Ta maleńka i raczej w kiepskim stanie rafa koralowa dość zadziwiająco tętniła życiem wielobarwnych ryb.







































































































Nie tylko nasz kiepski hotel był drogi (gdyby kosztował rozsądnie, to te warunki by nam nie przeszkadzały), ale także cały pobyt na Koh Lipe. Nie wiem czy to okres świąteczny tak popodkręcał ceny, czy to była normalna sytuacja w tym miejscu. Bardzo nie lubimy takiej sytuacji w podróży, ale nie czuliśmy swobody w wydawaniu pieniędzy, nawet na podstawowe potrzeby. Ciągłe przeliczanie i sprawdzanie czy nam starczy kasy, tak kombinowanie jedzenia by nikt nie chodził głodny, ale by nie wydać majątku, odbierało nam radość z pobytu w tym miejscu. Wiedzieliśmy, że będzie drożej niż na kontynencie, ale nie aż tak. Gdy w 7/11 kupowaliśmy w Bangkoku bułki za 18 THB, tu kosztowały 40 THB, kakao 20 THB w BKK – tu 70 THB! Cały ananas w BKK kosztował 40 THB (co wydawało nam się drogo, bo tyle samo co w Polsce), to tu ćwiartka - 20 THB. Śniadania zaczynały się od 100 THB, a obiady od 120 THB. Z dużym wysiłkiem wynajdowaliśmy miejsca, w których za obiad płaciliśmy mniej niż 100 THB. Poza BKK bez problemu można było kupić obiad za 40 THB. Zapuszczaliśmy się w boczne uliczki myśląc po europejsku, że gdzie mniejszy ruch klienta trzeba zachęcić niższą ceną. Nic bardziej błędnego! Tu biznesowo nikt nie myślał. Choć zapyziałe, brudne knajpy z wyschniętym jedzeniem odwiedzały tylko stada much, to prowadzący je ceny jeszcze windowali w porównaniu do tych na głównej ulicy zwanej Walking Street. Gdy tylko pytaliśmy o cenę, a reakcją na to, zamiast natychmiastowego podania, było odwracanie się do jakiejś osoby w głębi budynku, to już wiedzieliśmy, że otrzymamy cenę z księżyca.




Wieczorami rozkładały się knajpy z rybami i owocami morza. Wokół nich roiło się głównie od Chińczyków, którym smród zepsutego jedzenia i chmary much widocznie nie przeszkadzały. No cóż, co kraj, to obyczaj.




























W tych miejscach, w których dary morza wyglądały na świeże, ceny były absurdalne. Europejskie kwoty do zapłacenia takie jak 110 zł za kg krewetek czy 70 zł za kg ryby (specjalnie ceny podaję w PLN) w miejscu, gdzie to wszystko żyje, nie trzeba transportować, było zwykłym naciągactwem! W Londynie jadłam tańsze owoce morza! Poza tym nie widziałam przyjemności w jedzeniu grillowanych ryb czy krewetek. Najpyszniejsze są odpowiednio przygotowane, z czosnkiem lub w sosie z mleka kokosowego i trawy cytrynowej. Ale to już wyższa szkoła jazdy. Najłatwiej przygotować je na grillu, zero wysiłku, a frajerzy niech płacą. My tego nie zrobiliśmy.




Odpowiednim opisem podejścia do turystów stanowiła nasza historia z banalną czynnością skorzystania z pralni. Ceny tutaj wynosiły 60 THB za kg. Zważyliśmy nasze rzeczy zawsze zabieraną ze sobą elektroniczną podręczną wagą. Wiedzieliśmy, że ona nieco zawyża (sprawdzone w porównaniu z lotniskowymi wagami). Uzbieraliśmy 990 gram i z tobołkiem podążyliśmy do pralni. Pani tam pranie nasze zważyła i stwierdziła, że jest 1,2 kg. Oznajmiliśmy jej, że się myli i przy niej użyliśmy naszej wagi jednocześnie pokazując, że jej urządzenie było źle wytarowane i od początku pokazywało ponad 20 g na plusie. Pani na to odrzuciła nam naszą reklamówkę i prychnęła byśmy sobie szli gdzie indziej. W innym miejscu było tak samo: wskazówka wagi była ustawiona na 100 g zamiast na 0, a pani uparcie twierdziła, że wszystko jest ok. Niczego nie ugraliśmy, tylko jeszcze bardziej się utwierdziliśmy o kombinatorskim podejściu miejscowych. Przykre, gdyż przyjechaliśmy cieszyć się Tajlandią i ją podziwiać. Takim podejściem Tajowie raczej budzą w nas niechęć.

Niemniej jednak poniższe widoki wynagradzają niedostatki podróży.





























20 dzień – przejazd Koh Lipe – Surat Tani

Wiele złych informacji czytaliśmy w Internecie na temat przejazdów z Pak Bara do Surat Tani. Co prawda były to wiadomości sprzed 3 lat, ale inni informowali jak kupili bilety na tej trasie, a w miejscowości Trang wysadzano ich z busa i kazano zapłacić jeszcze raz równowartość całego biletu, gdyż się okazywało, że wcześniej zostali oszukani: za cenę całej trasy sprzedawano im bilet do miasta znajdującego się mniej więcej w 1/3 drogi. Dlatego też będąc w Pak Bara odpuściliśmy sobie kupno biletu na prom w 2 strony. Woleliśmy poszukać łączonego transportu z wyspy, bo mieliśmy pozytywne rekomendacje z facebooka dotyczące takiego rozwiązania („Tajlandia – pytania i odpowiedzi” grupa zamknięta). I tak w jednym z wielu miejsc na wyspie kupiliśmy bilety łączone: prom Koh Lipe – Pak Bara + bus Pak Bara – Yai + bus Hat Yai – Surat Tani. Koszt: dorosły – 1150 THB, dziecko: 1100 THB. Przejazd odbył się bez niespodzianek i trwał w sumie z przerwami i przesiadkami 9 godzin. Za każdym razem przy zmianie środków lokomocji, ktoś nas odbierał i przekazywał następnym. Chociaż mieliśmy jedno mało sympatyczne zdarzenie, znowu stawiające Tajów w niekorzystnym świetle. W połowie drogi kierowca zatrzymał się i zabrał przydrożnie stojącą rodzinę. Aby ich zapakować do busa zaczął krzyczeć po tajsku na 2 dziewczyny siedzące przede mną (Angielkę i Argentynkę). Wszyscy domyśliliśmy się, że chodziło mu o to, by one przeszły na tylne siedzenia, ale dlaczego egzekwował to nieprzyjemnym krzykiem i wymachiwaniem rękami?

Gdy dojechaliśmy do Surat Thani bus zatrzymał się w punkcie załatwiania kolejnych etapów podróży. Właścicielka biura o imieniu Mol sprawiała dobre wrażenie. Szybko pokazała swoje dobre strony. Okazała się dobrze zorganizowaną babką mówiącą zupełnie nieźle po angielsku. Kupiliśmy u niej bilety na prom na Koh Samui dla 3 osób (390 THB od osoby). Powiedziała nam, że nie ma potrzeby kupowania biletu dla Niny i lepiej byśmy te pieniądze z jej biletu sobie zaoszczędzili. Tak też zrobiliśmy, po czym za 150 THB udaliśmy się dużym tuk – tukiem do naszego hotelu: Sucholtee Resort. Za 120 zł (1100 THB) mieliśmy dwupiętrowy domek z luksusowym wnętrzem i 2 odrębnymi sypialniami. Nasze doświadczenie wskazywało, że im miasto ma mniej ciekawych miejsc do odwiedzenia, tym oferuje lepsze warunki bytowe.

21 dzień – podróż na Koh Samui

Najtańszy transport z Surat Thani na wyspy Koh Samui, Koh Tao i Koh Phangan wygląda tak samo: przybywając wieczorem należy się przespać w hotelu (jeśli się nie ma rezerwacji punkty sprzedaży biletów łączonych mają oferty hoteli), a wcześnie rano (około godz. 7:30) pod hotel podjeżdża taxi i zabiera do punktu, z którego wszyscy wsiadają do autobusu i jadą około 1,5 godziny do portu, a następnie przesiadają się na prom płynący znowu około 1,5 godziny (wszystko to za jedną podaną wyżej kwotę pieniędzy). Warto siąść z tyłu i w kajucie. Łodzią strasznie bujało, a fale przelewały się przez burty. Od choroby morskiej ratował nas wyświetlany na telewizorze Jaś Fasola – zamiast na swoich dolegliwościach skupialiśmy się na jego żartach. Wyjście z promu, to był jeden wielki chaos, gdyż każdy na własną rękę szukał swoich bagaży. Część z nich na brzeg wyładowywana była przez obsługę. Zanim ona dotarła do naszych walizek, my zrobiliśmy to pierwsi i ruszyliśmy nabrzeżem w poszukiwaniu transportu.

W międzyczasie napisałam maila do hotelu z pytaniem ile może kosztować taxi do nich z portu. Otrzymałam wg mnie niewiarygodną odpowiedź, że 600 THB za 2 osoby (trasa 15 km!). A co tu ilość osób ma do rzeczy? Wkrótce okazało się, że moje zdziwienie przeszło w oburzenie, które mnie nie opuściło do końca pobytu na Koh Samui. Taksówkarze jeden po drugim śpiewali nam kwotę 1200 THB! Po dłuższym czasie Tomek znalazł dużą taxi (bordowa, z ławeczkami po bokach) i dobiliśmy do kilku osób siedzących już w środku płacąc i tak wygórowane 300 THB. Wzięliśmy od kierowcy namiary rozumując „po naszemu”, że w drogę powrotną pojedziemy za tyle samo. Wieczorem dzwoniliśmy do niego próbując umówić się z nim na kurs za 2 dni, a on rzucił nam kwotę 600 THB. W hotelu recepcjonistka powiedziała nam, że załatwi nam taxi – za 600 THB. Na następny dzień zagadywaliśmy taksówkarzy o cenę kursu do portu – padało tylko znienawidzone 600 THB! (66 zł). Gość w godzinkę zrobi 2 kursy i zarobi co najmniej 1200 THB, za litr paliwa zapłaci 36 THB, może wyda 40 THB na posiłek czyli zarabia ponad 100 zł w godzinkę. Też bym tak chciała! To panowała jakaś zmowa?! Nikt nie chciał się targować, wszyscy patrzyli na nas z lekceważeniem. „Nie masz wyjścia, i tak musisz jechać, więc zapłacisz mi tą absurdalną cenę i tak!” To jest podejście większości mieszkańców tego kraju – w innych dziedzinach życia także. Biały nie jest człowiekiem, jest portfelem którego trzeba doić do cna. Ciekawe jakby to było gdybyśmy tak traktowali Tajów w naszym kraju?! Do tej pory podczas mojego 19 letniego doświadczenia w podróży państwem zamieszkałym przez najbardziej chciwych ludzi była Kuba (podróż w 2004 r.). Ale kolejne dni pobytu tutaj nie budują obrazu Tajlandii jako krainy uśmiechu, ale kraju zachłannych cwaniaków, dla których ich postawa jest w pełni akceptowana społecznie. W jakimkolwiek nie byłabym kraju, to zawsze trafiali się jego mieszkańcy świadczący różne usługi turystom przy okazji próbując ich oszukać lub naciągnąć finansowo. Ale przy ujawnieniu tego faktu kruszeli i kwoty stawały się przynajmniej przyzwoitsze. A w Tajlandii nie tylko ograbianie podróżników z ciężko zarobionych pieniędzy jest powszechnym zachowaniem, to jeszcze do tego dochodzi brak szacunku dla tych, którzy przynoszą ich gospodarce największe dochody korzystając z szeroko pojętego sektora usług.

Koh Samui ma trochę ciekawych miejsc do zaoferowania, ale przez absurdalne ceny transportu zrezygnowaliśmy z nich. Bez żalu. Jednodniowa wyprawa do Angthong National Marine Park kosztowałaby nas od osoby aż 1500 THB (165 zł). Widoki wysp nie byłyby tak spektakularne jak na zdjęciach w Internecie, gdyż od kilku dni wiał wiatr od morza i naniósł dużo piasku zmieniając jednocześnie folderowy lazur na mało efektowny kolor błotnistej kałuży. Do tego doszło spore zachmurzenie tak nielubiane przez fotografów potrzebujących dobrego naturalnego światła. Koszt 1 dniowej snorkelowo – kajakowej wyprawy na Koh Tao i Koh Nangyuan wynosił 1800 THB od osoby. Chyba najtańszym rozwiązaniem na zwiedzenie wyspy jest wynajęcie skutera, ale w przypadku naszej rodziny technicznie nie wchodziło to w grę. Nasze wiercipięty powypadałby z pojazdów!



22 dzień – pobyt na Koh Samui

Zamieszkaliśmy w bardzo luksusowym, nowocześnie urządzonym przestronnym domku w ośrodku o nazwie Samui Garden Home. Wg opisu na booking.com miejsce miało się znajdować przy pięknej plaży Lamai Beach. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy się okazało, że „zrobiono nas w konia”. Do osławionej Lamai Beach mieliśmy około 2 km. Co prawda codziennie o godz. 11:30 spod hotelu jechał tam darmowy bus. Ale jak już się boleśnie przekonaliśmy, musiała być w tym jakaś zagwozdka. I była: darmowy był w jedną stronę. Jadąc znowu stanęlibyśmy przed taksówkarzem rzucającym nam absurdalną kwotę za powrót. Plażą nie dało się tam dojść, bo drogę przecinały skały, a przy drodze asfaltowej nie było pobocza. Idąc w spalinach z całym majdanem w postaci 3 sztuk sprzętu ABC, ręczników, łopatek do piasku, kocy, wody mineralnej i bóg wie czego jeszcze, podczas gdy żar lał się z nieba odebrałoby nam to całą przyjemność plażowania. Poza tym, jak już pisałam, kolor morza atrakcyjnie lazurowy przestał być w okolicach całej wyspy, więc co za różnica, na której plaży będziemy?

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nasz domek miał w pełni wyposażoną kuchnię. 10 minut drogi od hotelu znajdował się targ, na którym kupowaliśmy ryby, krewetki, warzywa. Obok był 7/ 11 i Tesco. Wszystkie posiłki robiliśmy sami. Wreszcie mieliśmy możliwość pojeść ryb i krewetek w satysfakcjonującej ilości, cenie i smaku, bo przyrządzonych wg naszych upodobań. Co prawda będąc na targu pierwsza odpowiedź na zapytanie o cenę produktu zawsze była niższa niż ostatecznie podana kwota po odważeniu go, ale nasze przeliczenia na kalkulatorze potrafiły nieco zmiękczyć sprzedawców. Na przykład Tomek usmażył na maśle z czosnkiem 0, 5 kg krewetek i takie świeżuteńkie danie kosztowało nas 13 zł (120 THB) na 2 osoby! Tu nie było absurdu zapłaty za 1 kg krewetek od 110 zł w górę (co oferowały jadłodajnie wcale nie wysokiej klasy) i 3 krewetek w daniu typu pad thai czy zupa.

Kiedy nie jedliśmy, to odpoczywaliśmy na łóżkach w naszym prywatnym ogrodzie patrząc jak oddalone o 15 m od nas morskie fale uderzają o złocisty piasek pustej plaży czekającej tylko na nas. W tym czasie dzieci pluskały się w baseniku należącym tylko dla nas, gdyż wybudowanym w naszym ogrodzie. Bez hałasu i jakichkolwiek innych pałętających się osób czas spędziliśmy na zasłużonym relaksie. Czuliśmy się bardzo luksusowo.

Dodam, że ten bardzo przestronny domek składający się z dużych pomieszczeń sypialni, salonu, aneksu kuchennego i łazienki był 2 osobowy. Bez problemów zamieszkaliśmy tam w 4 osoby. Ale… no właśnie, zawsze musi być jakieś „ale”. Gdy zapytaliśmy się czy możemy dostać 2 dodatkowe prześcieradła dla dzieci, pani z obsługi zaśpiewała nam cenę 80 THB za jedno. No nie, majątek wydaliśmy na to lokum (9000 THB za 2 noce – z uwagi na okres: Sylwester i Nowy Rok), więc nie zamierzaliśmy dokładać do tego choćby 1 bata. Do przygotowania dzieciom spania wykorzystaliśmy własne zasoby oraz poduszki z kanapy w salonie!

23 dzień – wypływamy na Koh Phangan

Bilety na prom na godz. 11:15 kosztowały 300/ 150 THB. Różne godziny wypłynięcia miały odmienne ceny. Katamaran bujał przeraźliwie. Dzieci zajęte tabletami nie dostrzegły tego nawet, ale ja ledwo dopłynęłam bez sensacji żołądkowych. Dobrze, że rejs trwał tylko 30 minut. W porcie chcieliśmy kupić bilety łączone (prom + bus) do Surat Thani za 3 dni, ale poinformowano nas, że na duży prom (już nie chcieliśmy płynąć katamaranem) nie sprzedają biletów z wyprzedzeniem. Zatem pojechaliśmy do naszego hotelu See Through Haad Yao taksówką za koszmarne 400 THB. Targowanie się nie przyniosło rezultatów. Kolejna zmowa taksówkowa. Hotel wybrałam na spokojnej plaży Haad Yao wolnej od techno Full Moon Party. Nasz pokój wyglądał tak samo jak na zdjęciu, ale wygląd całego kompleksu różnił się od zdjęć na booking.com, oczywiście na korzyść tych zamieszczonych w Internecie. Ale w sumie nam to nie przeszkadzało. W cenie 2 osobowego pokoju (4500 THB na 2 dni) mieliśmy śniadania. Pani w recepcji wypisała nam bloczki dla 4 osób, więc dzieciaki dostały śniadania gratis! I chyba tak dla nas na pociechę i dla zaprzeczenia poprzednio opisanej chciwej postawy Tajów bez problemów i płacenia dostaliśmy prześcieradło i kołdrę dla Kacpra.

24 dzień – Koh Phangan

Dzień upływał leniwie, prawie w całości spędzany na plaży. Rano siedzieliśmy w knajpie przy samej plaży. Szum morza przyjemnie nastrajał podczas czytania książki (tym razem „Brazylia” Michaela Pallina). Morze zabierało miękki złocisty piasek, podchodząc pod same stoliki, by oddać plażę dopiero po południu. Wtedy to zaczynaliśmy spacery brzegiem zatoki. Grudzień i styczeń nie są najlepszymi miesiącami do odwiedzania takich wysp jak Samui, Phangan i Tao

Śniadania okazały się być bardzo bogate (jajko, bekon, pomidory, tosty, masło, dżem, sok i kawa lub herbata), za które w knajpie musielibyśmy zapłacić między 150 a 180 THB. Na obiady chodziliśmy do knajp usadowionych przy ulicy. Te przy plaży były droższe. Najtaniej jedliśmy w Family Restaurant. Korpulentna właścicielka gotowała bardzo smacznie. Dania w większości kosztowały 70 THB, podczas gdy w innych miejscach oscylowały w granicach 120 – 180 THB. Szczytem były krewetki za 1800 THB za kg. Ich cena była wyższa niż w Polsce, do której przecież muszą dotrzeć tysiące kilometrów. Obok hotelu był sklep 7/11 z normalnymi cenami (a nie ich trzykrotnościami z jakimi mieliśmy do czynienia na Koh Lipe), do którego wieczorami chodziliśmy po ciepłe tosty dla dzieci (25 THB za 2 podwójne „trójkąty”) – fajna opcja na tanią kolację i po piwo Chang dla nas (duża butelka 62 THB).

25 dzień – powrót z Koh Phangan

Rano obudził nas deszcz bębniący o dach naszego domku położonego w ogrodzie. Za chwilę do niego dołączyły grzmoty, a w pokoju zrobiło się jasno od błyskawic. Mimo wilgotnej aury głód wygonił nas z domku do restauracji na śniadanie. Korzystając z wifi odpowiedziałam na maila mojej przyjaciółki Iwonki szykującej Tomkowi (wg życzenia) schabowego z kapustą kiszoną na nasz powrót. Przy okazji chcieliśmy potwierdzić godzinę kursu promu do Surat Thani. Zmroziło nas. Na stronie pojawiła się informacja, że nie ma już biletów. Tomek pognał do recepcji naszego hotelu. Tam uzyskaliśmy informację, że bardzo dużo ludzi opuszcza wyspę i są problemy z transportem. Sympatyczny gej recepcjonista próbował nam pomóc dzwoniąc w różne miejsca, ale bez rezultatu. Powiedział, żebyśmy udali się wcześniej do portu, to na miejscu będziemy mieli większe prawdopodobieństwo kupienia biletów na duży prom Raja. Jego optymizm nam się udzielił i mimo kryzysowej sytuacji (bilety lotnicze z Surat Thani już dawno kupione) jechaliśmy do portu bez większego stresu (taxi niestety 400 THB). Tam niemal w ostatniej chwili kupiliśmy bilety na prom Raja za 780 THB + bus do Surat Thani center – tak nam pasowało; można było kupić także do dworca kolejowego i na lotnisko (cena obejmowała 2 bilety dla dorosłych, 50% biletu dla jednego dziecka, a Nina znowu jechała gratis – co port to inny sposób liczenia transportu dzieci. Nie trafi się za nimi.). Ledwo weszliśmy na prom, to kolos ruszył. Na pokładzie mieliśmy problem ze znalezieniem miejsc siedzących, ludzie się porozkładali na kilku siedzeniach i ani myśleli się przesunąć. Rosjanin ni w ząb nie gadający po angielsku nie chciał zdjąć swego plecaka z siedzenia. Stanowczość Tomka wyrażona po polsku pokonała jego opór. Płynęliśmy, nie odczuwając bujania, od godz. 11:00 do 13:40, a następnie przesiedliśmy się do autobusu, w którym okazało się, że nie ma dla nas wszystkich miejsca. Ja siedziałam z Niną na jednym siedzeniu, a Tomek umościł się na podłodze. Jechaliśmy niespełna 1,5 godziny do Surat Thani. Z autobusu wysiadaliśmy w strugach deszczu. Wiedząc, że w okolicach naszego hotelu Sucholtee (w którym byliśmy poprzednim razem) nic nie zjemy, dopadliśmy panią smażącą naleśniki. Gdy każdy z nas zamówił po dwa, okazało się, że objedliśmy panią ze wszystkich bananów. Jej chrupiące pyszności kosztowały przyjemnie 20 THB za naleśnika z czekoladą i 25 THB za naleśnika z czekoladą i bananem. Widząc, że nam smakuje jej syn poczęstował nas wodą z lodem.

Do hotelu (około 7 km) postanowiliśmy złapać taxi, by od razu dogadać się z kierowcą co do jutrzejszego kursu na lotnisko. Zatrzymaliśmy taksówkę, poprosiliśmy o włączenie taksometru i dojechaliśmy na miejsce…za 56 THB! 2 tygodnie temu po długich negocjacjach wmawiano nam, że 150 THB to świetna cena, a oni tyle tracą zgadzając się na nią! Nikt mi nie powie, że ceny taxi były uczciwe. Cholerni naciągacze!!! Złodziejstwo. Ty masz zapłacić 6 krotną stawkę, bo jesteś biały. Umówiliśmy się na dzień następny na ranny kurs na lotnisko. Kierowca skontaktował nas ze swoim call center byśmy potwierdzili w jego bazie powyższy transport. W taxi była informacja, że jadąc na lotnisko trzeba będzie zapłacić dwukrotność stawki taksometru.

Niebo nieustannie wylewało strumienie deszczu. W zapyziałym Surat Thani nie było co robić. Tym bardziej cieszyliśmy się, że wieczór spędzaliśmy w komfortowych warunkach dwupiętrowego luksusowo urządzonego domku.

26 dzień – wylot z Surat Thani do Bangkoku

Wczesno poranna pobudka była koniecznością by wydostać się na oddalone o 20 km lotnisko. Portfel został uszczuplony o 240 THB (2 x 120 THB), a nie o 1200 jak nam mówiono w hotelu czy o 800 jak mówiono w agencji czy o 400 THB jak znaleźliśmy na facebooku. Na niewielkim lotnisku w Surat Thani bardzo długo czekaliśmy do odprawy (mieliśmy jedną walizkę jako bagaż rejestrowany). Personel Air Asia nie kwapił się do roboty. Chociaż od pół godziny wyświetlał się numer stanowiska, kolejka białych twarzy rosła, a nikt nie przychodził nas odprawić. Tomka to tak wkurzyło, że poszedł interweniować. Jego działanie odniosło pozytywny skutek. Ja już po kilku dniach w podróży przestawiam się na tryb pracy lokalsów, ale jak widać Tomek jest twardy do końca. I to się przydaje. Wylecieliśmy spóźnieni, ale samolot wylądował o czasie w Bangkoku. Było po godzinie 10:00, więc wiedzieliśmy, że godziny porannego szczytu mamy już za sobą (7:00 – 9:00, popołudniowe korki w godz. 16:00 – 20:00), dlatego też postanowiliśmy jechać taxi przez miasto, omijając płatną (120 THB) autostradę. Do taksówek była spora kolejka, ale po około 30 minutach siedzieliśmy już w aucie. Za kurs do Prince Palace Hotel zapłaciliśmy 195 THB + 50 THB opłaty lotniskowej.

Nasz pokój jeszcze nie był gotowy, ale pozwolono nam zostawić bagaże w nieposprzątanym pokoju. Śniadanie zjedliśmy na pobliskim targu i postanowiliśmy wyruszyć do China Town, by zobaczyć ponad 5 tonowy posąg największego złotego Buddy na świecie. Wiedzieliśmy, że mamy do pokonania odległość 2, 5 km. Pierwszy złapany taksówkarz nie chciał włączyć taksometru i zaśpiewał nam 200 THB. Wyszliśmy z auta. W kolejnych sytuacja się powtarzała. W końcu kierowca tuk tuka zaproponował nam, że nas zawiezie tam za 50 THB. Zgodziliśmy się. Gadał z nami posługując się zupełnie dobrą znajomością angielskiego. Ale jadąc obserwowaliśmy mapę w telefonie i szybko zorientowaliśmy się, że nie jedziemy tam, gdzie chcemy. Gość podwiózł nas do Golden Mount (Złota Góra), która była oddalona może z 1 km od naszego hotelu, a nie do Golden Budda. Powiedzieliśmy mu o tym, a on nagle udał głupiego, zapomniał, że zna angielski i zażądał od nas 200 THB za właściwy kurs. Nie pojechaliśmy z nim ani nie zapłaciliśmy mu za tą odbytą trasę.

Ale jak już dojechaliśmy do Złotej Góry, to postanowiliśmy obejrzeć tą świątynię. Wstęp kosztował 20 THB (dzieci gratis). Na szczyt prowadziło ponad 300 schodów, ale wędrówka nie była męcząca, gdyż różnica wzniesień była niewielka. Architektura zewnętrzna, jak i wystój wnętrza nie był imponujący i specjalne wybranie się do tego miejsca może rozczarować. Z góry rozpościerał się widok na spektakularny nowoczesny Bangkok, jak i pospolite, szare slumsy. Na nas ten dualistyczny widok nie robił wrażenia, gdyż mieliśmy go z okien naszego Prince Palace Hotel.

Ruszyliśmy dalej ku China Town. Dotarliśmy tam na piechotę, gdyż zarówno kierowcy taxi, jak i tuk tuków żądali absurdalnych kwot za odcinek 2, 5 km. Na szczęście słońce skryło się za chmurami i żar przestał się lać z nieba. Bilety do świątyni Złotego Buddy kosztowały 40 THB (dzieci gratis). Potem zanurzyliśmy się China Town. Dzielnica ta była jednym wielkim targiem wszelkiego chińskiego badziewia poprzetykanym restauracjami oferującymi głównie dziwne dania dla wszystkojedzących Chińczyków, wśród których popularne były płetwy rekina. Stąd po całej Tajlandii rozprowadzane są towary. Mnie ta rzeczywistość szybko zmęczyła i ponownie pieszo wróciliśmy do hotelu.



27 dzień

Rano tuk tukiem za usilnie targowane ( ale i tak była to zbyt wysoka kwota jak za 4,5 km odcinek) 80 THB pojechaliśmy na dworzec kolejowy Hua Lampong, by o godz. 9: 25 wsiąść w pociąg (ordinary) i za 15 THB w jedną stronę jechać ponad 1,5 godziny do Ayuttaya. Na dworcu zagadała nas kobieta proponując podróż w to miejsce i objazd wszystkich świątyń za 500 THB od osoby. Uznaliśmy to za przyzwoitą cenę, gdyż sprawdzając wcześniej relacje w Internecie wiedzieliśmy, że na miejscu tuktukowcy żądają od 1400 do 2000 THB za 3, 4 godziny jazdy za 2 osoby. Często wspominano, że dochodziło do sytuacji żądania przez nich dopłat na koniec kursu. Nasze dzieci w wieku szkolnym niestety nie uzyskują już zniżek w większości środków transportu (lub bardzo symboliczne), gdyż zajmują pełne 2 miejsca. Biorąc pod uwagę, że transport kolejowy w dwie strony wyniesie nas 240 THB oraz co najmniej 2000 THB na miejscu dla chciwych tuktukowców zdecydowaliśmy się na taxi. Dodatkowo dogadaliśmy się, by w drodze powrotnej w cenie zawieść nas do hotelu, czym zaoszczędziliśmy co najmniej 80 THB za kurs Hua Lampong – hotel. Na początek zapłaciliśmy połowę kwoty, drugą część po powrocie. Za godzinę (a nie 1,5 jak przy jeździe pociągiem) byliśmy na miejscu i objechaliśmy wszystkie świątynie. Dzieci dostały za darmo lody. Dopiero po godz. 17:00 zaczęliśmy wracać do Bangkoku.

W międzyczasie przez godzinę pływaliśmy łodzią wokół miasta za 1000 THB oglądając odarte z blichtru starożytnej byłej stolicy nadrzeczne slumsy. Dla oczekujących zachwycających widoków wycieczka ta byłaby rozczarowaniem. Dla nas była tym co lubimy najbardziej – rejsem po rzece (co roku we Wrocku pływamy Odrą i ciągle nam się to nie nudzi!) ze spojrzeniem na niepodkoloryzowaną rzeczywistość dzielnic zwykle omijanych przez turystów.

W drodze powrotnej zmieniliśmy zdanie i poprosiliśmy o podwózkę do MBK shoping center. Nie było z tym żadnego problemu. Zrobiliśmy ostanie zakupy. Złapaliśmy taxi, którego kierowca w połowie drogi wyłączył taksometr. Gdy podjechaliśmy pod hotel zażądał od nas 200 THB za 4,5 km trasę. Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Doświadczeni tajskiej postawy wobec nas zlekceważyliśmy go i wręczyliśmy mu 60 THB ostrzegając przy okazji innych turystów, którzy chcieli się z nim zabrać.

Na nocnym targu zjedliśmy ostatnie naleśniki. Obserwując za ile kupują je Tajowie – 30 THB, chcieliśmy kupić za tyle samo. Ale dla nas cena wynosiła 40 THB mimo, iż oznajmiliśmy, że widzieliśmy ile płacą Tajowie. Chcieliśmy wydać ostatnie pieniądze tuż przed wylotem. Nie mieliśmy wystarczającej ilości bathów na 4 naleśniki. Wysypaliśmy panu wszystkie drobniaki tłumacząc, ze za chwilę wylatujemy do kraju i poprosiliśmy o naleśniki. Zrobił nam jednak 4! Za taxi na lotnisko Suvarnabhumi – 300 THB – zapłaciliśmy z kasy pochodzącej z depozytu za klucz (1000 THB) w hotelu Prince Palace Hotel (to lotnisko jest dalej od centrum niż Don Mueng, ale w nocy nie ma korków, co powoduje , że kursy są tańsze). Dokupiliśmy nasze ukochane owoce – longan i resztę bathów zamieniliśmy na dolary w lotniskowym kantorze.

Z gorącego Bangkoku (+34 stopnie C) bez niespodzianek i o czasie wylądowaliśmy w mroźnej (-13 stopni C) Warszawie. Podtrzymujemy zdanie – do Tajlandii nie zamierzamy wracać.