EKWADOR 2017

Siła człowieka postanowiła wybrać  się do Ekwadoru. Jest nas aż 11 osób!


Przylot do Quito
Prawie całość ekipy (10 osób)  spotkała się na lotnisku w Warszawie, by stamtąd lecieć do Stambułu, a następnie do Bogoty liniami Turkish Airlines. Nasza kolejna przygoda zaczęła się problemami z odprawą online. Z uwagi na to, że pierwszy lot odbywał się liniami partnerskimi czyli LOTem, system ześwirował. Po wielu próbach jakoś udało nam się dokonać tej odprawy. A zależało nam na tym, by siedzieć blisko siebie.  Udało się to w miarę.  W stolicy Kolumbii  zmienialiśmy linię lotniczą na Tame, dlatego też musieliśmy odebrać bagaże. Wszyscy zostaliśmy obwąchani przez psa służbowego miejscowej Straży Granicznej, a nasza jedna torba została przez niego zaznaczona! No cóż, piękny labrador skusił się na…kabanosy! Gdzieżby Polak wybrał się w podróż bez kabanosów! Zostaliśmy przepuszczeni dalej bez uszczerbku w dobytku. I mimo, że do odlotu mieliśmy około 8 godzin, to przyjęto od nas bagaże. Stąd mogliśmy w spokoju założyć obóz w lotniskowym barze i delektować się smakiem przepysznej kolumbijskiej kawy. W Bogocie na chwilę dołączyła do nas Ola, która leciała z Liverpoolu, by odlecieć do Quito Aviancą i tam dalej na nas poczekać.

Lotnisko El Dorado w Bogocie

W Quito wylądowaliśmy po godz. 18:00. Czekała na nas wcześniej zamówiona przez nasz hostel taksówka – bus na 11 osób. Około 40 km trasa z lotniska do Centro Historico kosztowała nas 70 USD, co wypadło po 7 USD na głowę (ekipa zdecydowała, że nasz 10 letni Kacper i 8 letnia Nina będą liczeni jako 1 osoba). Cena była korzystna, gdyż taxi z lotniska do Centro Historico kosztowała 26 – 30 USD.
Przez booking.com zamówiliśmy pokoje w hostelu Milenka w Centro Historico. W zależności od rodzaju pokoju ceny były od 19 USD za pokój. Miejsce nie było rewelacyjne. Wszyscy marzliśmy.

Widok z hotelu na Quito

1 dzień – Stare Miasto w Quito
 Jet lag nie pozwolił się wyspać. Mino zmęczenia po prawie 48 godzinnej podróży wczesnym rankiem wszyscy byli gotowi do wyjścia. Hostelowe śniadanie za 3,5 USD nieco dodało sił i wyruszyliśmy do Centro Historico. Wędrując ciągle pod górę szybko się zmęczyliśmy.






Ale i na to błyskawicznie znalazło się rozwiązanie: jak spod ziemi wyskoczył uliczny sprzedawca oferując nam cukierki z koką (opakowanie z 4 cukierkami 1 USD). Słodycz na języku i szybko wróciła siła w nogach.

Absolutnie legalnie


Dlatego też centralny punkt miasta – Plaza Grande – powitaliśmy entuzjastycznie. Niewielki plac okolony smukłymi palmami i innymi okwieconymi drzewami sprawiał wrażenie bardzo przyjaznego i swojskiego miejsca. Estetyczna biel kolonialnych budynków, przebijająca się przez soczystą zieleń, dodawała mu tej niezbędnej szczypty powagi, by oznajmiać światu, że to ważne miejsce dla Quito.


Plaza Grande














Mieści się tu m.in. Pałac Prezydencki. Wycieczka po jego wnętrzach stanowiła fajny przerywnik po zwiedzaniu kościołów. By móc wejść do Pałacu musieliśmy zapisać się na najbliższą dostępną godzinę, a następnie, przed zwiedzaniem, zostawić paszport (wszystko załatwiało się w budce na lewej ścianie Pałacu, koło wejścia; wstęp gratis). Anglojęzyczny przewodnik opowiedział nam w skrócie, ale ciekawie, historię Ekwadoru, chętnie odpowiadał na pytania, a w środku można było robić zdjęcia (bez lampy). Możliwość wyjścia na taras i popatrzenia na Plaza Grande z góry dodatkowo uatrakcyjniło zwiedzanie.



To zdjęcie było robione przez fotografa z Pałacu Prezydenta


Kolekcja Pałacu Prezydenckiego



Ekwadorczycy






Sala narad w Pałacu



Wybraliśmy się do kilku kościołów, z których najciekawsze były dwa:
Convento de Santo Francisco:




Inglesia Compania de Jesus – tu wstęp kosztował 5 USD (dzieci gratis), gdyż ociekające złotem ściany i sufit nie należą do częstych widoków. Chociaż bardziej spektakularne widziałam w Meksyku. Nie można było robić zdjęć w środku.




Przepysznej kawy pozbawionej znienawidzonej przeze mnie kwaśności napiliśmy się na Plaza del Teatro (ceny od 1,75 USD).


Plaza del Teatro


Ale wybranie się na obiad okazało się prawdziwą przygodą! Po lekturze blogów postanowiliśmy zjeść dużo i tanio na tzw. Plaza de la comida (inaczej Plaza Jose Navarro). Podobno miała być to fajna miejscówka. Będąc w posiadaniu opisów trasy dojazdu poszliśmy na przystanek. Na dzień dobry ruszyliśmy w złym kierunku. Miejscowa straż miejska szybko skierowała nas w odpowiednią stronę. Dokonaliśmy tzw. nawrotki i dotarliśmy na przystanek. Tu postanowiliśmy się upewnić, co do autobusu i kierunku. I wtedy się zaczęło! Każdy mówił nam co innego, jedni kazali iść na inny przystanek, drudzy nas wracali  z powrotem. W końcu ktoś wsadził nas w według niego właściwy autobus. Zapłaciliśmy 25 centów (dzieci 12 centów), a w środku jakaś kobitka powiedziała, że nam pokaże drogę, bo wysiada na tym samym przystanku (tak zrozumieliśmy jej hiszpański). Jak powiedziała, tak się stało. Szliśmy z nią przez wiele wyludniałych przecznic, aż nas zostawiła każąc iść prosto do dużej ulicy, a następnie skręcić w: lewo/ prawo. I tu były zdania podzielone. Zaangażowanie miejscowych sporu nam nie rozwiązało, gdyż każdy wskazywał inny kierunek. A u nas głód narastał i robiło się coraz chłodniej. Poszliśmy w lewo, ale celu ani widu, ani słychu. Nawigacja oraz Google Maps nie wyszukiwały takiego miejsca jak Plaza de la comida. A najdziwniejsze było to, że miejscowym nazwa nic nie mówiła. Zrzuciliśmy to na karb wielomilionowgo miasta. Ale co tam miliony ludzi jak 11 osobom żołądek przyrastał do kręgosłupa! Zaczęliśmy od nowa przekopywać bloga, na którym czytaliśmy o tym miejscu szukając jakiś wskazówek, które być może przeoczyliśmy (mieliśmy miejscowe karty SIM z Internetem, 4 G – 30 USD na miesiąc). Zajrzałam zrezygnowana do notatek i wtedy nastąpiło olśnienie. Miałam tam zapisaną krzyżówkę ulic, na których mieliśmy wysiąść z autobusu. Chłopaki wrzucili tę informację w nawigację i… bingo. Znaleźli! Ale okazało się, że miejsce nazywa się Plaza de la Comidas, a nie de la Comida. Jak jedna literka – S – czyni wielką różnicę. Na blogu był błąd… Po tym epokowym odkryciu wsiedliśmy do autobusu i dojechaliśmy gdzie trzeba. Jeszcze przeszliśmy kawałek na piechotę, ale już prowadzeni przez navi i zdesperowanego Marka. Dotarliśmy do celu widząc dachy bud wskazujących na stragany, umieszczonych na szczycie schodów. Pokonaliśmy je i naszym oczom ukazały się stoiska z… ubraniami. Jednak wyczuliśmy zapach jedzenia i wiedzeni nim odkryliśmy dosłownie kilka budek z jedzeniem.


Małże za 1 USD

Sos do małż
 I widoki po drodze...






Doświadczenia podróżnicze i skojarzenia czasem są przekleństwem – spodziewaliśmy się klimatu rodem z Dżemma El Fna w Marakeszu. Po takiej desperackiej walce, bytu dotrzeć, zasiedliśmy jednak do jedzenia. Na szczęście ani ceny, ani smaki nas nie rozczarowały. Miska małż z pikantną salsą pomidorową kosztowała 1 USD, a empanadas con queso (placki z serem) – 0,60 USD. Ci z nas, co zjedli szaszłyki, też zachwycali się smakiem. Ale taka wyprawa, by zjeść za 1 USD?! Gdy w centrum od groma punktów z jedzeniem za około 3,5 USD. Wracaliśmy już po zmroku i wzięliśmy taxi za 4 USD. Hej przygodo!

2 dzień – wulkan Pichincha i Mitad del Mundo
Rano wybraliśmy się na Teleferico – kolejkę, która wyjeżdża na czynny wulkan Pichincha. Według informacji z blogów wynikało, że musimy jechać  3 autobusami. Po wczorajszych doświadczeniach z blogiem i komunikacją miejską, stwierdziliśmy jednogłośnie, że wybieramy szybkość i zdecydowaliśmy się na taxi – 5 USD. Przed wyjazdem na wysokość 4100 m npm wypiliśmy herbatkę z koki w pobliskim punkcie gastronomicznym (1,5 USD).
Koszt przejazdu teleferico w 2 strony wyniósł 8,50 USD (dziecko 6,50 USD). Na górze było dość chłodno – około 6 – 8 stopni C. Ale zimny wiatr obniżał odczucia zimna. Prędziutko wyjęliśmy kurtki i czapki by w większym komforcie cieplnym ruszyć na spacer pod górę. Nie planowaliśmy marszruty na szczyt Pichinchy. Co prawda do jego zdobycia brakło nam 600  m, ale pokonanie tego dystansu zajmuje około 3 godzin! Nie ma to jak Andy!



W ofercie herbata z koki - 1,5 USD

Herbata z koki

Wyjeżdżamy na wysokość około 4000 m




















Z gór zjechaliśmy prosto na Równik (Mitad del Mundo). Chcąc znowu przyspieszyć naszą wycieczkę stargowaliśmy busa na całą naszą 11 osobową ekipę z 70 USD do 30 USD. Kierowca zawiózł nas pod monument. Chociaż chciał nas zawieść do tzw. drugiego Równika, którego położenie jest bliższe prawdzie czyli 0 stopnia. I trzeba było tak jechać. Ale jakby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł. Z zimowych klimatów wpadaliśmy w tropikalne temperatury. Ale już nam tego ciepełka brakowało. W Quito było ciepło, ale nie upalnie. Zapłaciliśmy za wstęp 3,5 USD (dzieci też) i poszliśmy oglądać linię wyznaczoną w tym miejscu jako Równik w 1735 r. Można wykupić droższe bilety z opcją wejścia na monument i obejrzenia muzeum. My nie byliśmy tym zainteresowani.


















Następnie chcieliśmy się dostać do tego „drugiego” równika. Żaden opis w przewodniku oraz na blogach nie był precyzyjny, ludzie nie rozumieli „secondo Mitad del Mundo”. Gdzieś ktoś stwierdził, że należałoby złapać autobus. Kierowca powiedział, że tam jedzie, ale, że chciał 2 USD od osoby, to wysiedliśmy. Obok przystanku gość sprzedawał mandarynki. Zapytany, gdzie jest „drugi” równik, wskazał nam Calacali. Kolejny autobus, 25 centów i jesteśmy w Calacali. Tropiki zaciągnęły się chmurami, my poczuliśmy przeszywające zimno. Miejsce wyglądało jakby było na końcu świata, kompletnie zapomniane przez Boga i ludzi. Na głównym placu stał taki sam monument, jaki widzieliśmy „na Równiku”. To zdecydowanie nie było to miejsce, do którego chcieliśmy dotrzeć! Przygotowując się do wyprawy stawiałam na dogadywanie się i uzyskiwanie informacji na miejscu – tak jak to dotychczas robiłam w innych krajach. Przeliczyłam się. 
Za kilkanaście minut przyjechał ten sam autobus, który nas tu przywiózł. Zabraliśmy się nim do samego Quito na dworzec Ofelia – 0,45 USD. Tam się rozdzieliśmy. Część grupy pojechała taksówką do dzielnicy La Floresta, do restauracji. My delektowaliśmy się miejscowymi szaszłykami z ulicznej garkuchni za 1 USD. Wybraliśmy się na targ pełen owoców. W sklepie monopolowym swymi „białymi twarzami” wzbudziliśmy taką sensację, że zostaliśmy poczęstowani za darmo rumem oraz robiono sobie z nami zdjęcia. Wróciliśmy do hotelu autobusem wsiadając na dworu Ofelia na przystanku C2, a wysiadając na Marin Central – i za 25 centów (dzieci 12 centów) byliśmy z powrotem w Centro Historico. Droga zajęła nam około 40 minut, wracaliśmy już po zmroku, wiele osób kazało nam trzymać plecaki z przodu i uważać na siebie. Ale nie czuliśmy się niebezpiecznie. 6 osób: 1 facet, 3 dziewczyny i 2 dzieci.
Uwaga: najtaniej do Mitad del Mundo dostaje się z dworca Ofelia. Do niego dojeżdża się Mertobusem (niebieska linia, 25 centów). Na dworu trzeba wsiąść w autobus do "Mitad del Mundo” – 80 centów w dwie strony.










3 dzień – droga do Guayaquil
To dzień naszych rozjazdów. Część ekipy (5 osób) pojechała do Otavalo (dziś jest sobota czyli dzień największego tam targu). My w szóstkę: czyli rodzinka Kusiaków oraz Bernadetta i Ola po śniadaniu złapaliśmy taxi i pojechaliśmy na dworzec południowy Quitumbe, by jechać do Guayaquil. Z Centro Historico jest to daleko – około 15 km i droga zajęła ponad 30 minut. Jadąc na taksometrze zapłaciliśmy 12 USD.  Na dworcu byliśmy przed godz. 10:00, ale okazało się, że najbliższy autobus do Guayaquil jest o godz. 12:00 (brak biletów na wcześniejsze kursy). Kupiliśmy bilety za 10 USD + 0,20 USD opłaty dworcowej. Na stanowisku byliśmy 15 minut przed czasem. Po około 30 minutach po czasie zaczęliśmy się denerwować, że autobusu jeszcze nie ma. Benia poszła się zapytać o co chodzi do jakiejś dyspozytorni i uzyskała wiadomość, że musimy przebukować bilety, bo nasz autobus nie przyjedzie. Wtedy wraz z całą gromadą innych oczekujących dopadłyśmy okienko, w którym kupowałyśmy bilety. Zwrócono nam kasę, ale trzeba było znaleźć nowy autobus. Najbliższy był o godz. 13:30. Był droższy, bo kosztował 12 USD (dzieci 6 USD), ale zaoferował nam komfort jazdy niedostępny w Europie. Szerokie miękkie siedzenia rozkładające się do leżanki z podnóżkiem od kolan po stopy zapewniły nam komfortową jazdę przez 9 godzin. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad za 4 USD. Zabukowaliśmy też pokój 5 osobowy w hotelu Air Suites znajdującym się naprzeciwko lotniska (70 USD).
Mieliśmy ogromny problem ze znalezieniem taxi, która nas tam zawiezie. Nikt z taksówkarzy nie chciał się zdecydować na jazdę około 2 km. Było późno – około godz. 23:00, a my zmęczeni, z zaspanymi dziećmi i bagażami. Po długich negocjacjach udało nam się wziąć taxi – camiones (samochód paka) za 6 USD. Utargowaliśmy zaledwie 1 USD.
W hotelu okazało się, że mają bałagan w rezerwacjach i zamiast 5 osobowego pokoju dostaliśmy 2 pokoje dwuosobowe. Cena była taka sama – po 35 USD za pokój, ale o 1 łóżko mniej. Za to w cenie dostaliśmy śniadanie dla całej szóstki. W hotelu mieliśmy pecha, gdyż w pokoju obok faceci zaprosili sobie prostytutki i zachowywali się bardzo głośno. Musieliśmy prosić recepcję o uspokojenie towarzystwa.

4 dzień – Galapagos (Santa Cruz)
Jak urodziła się Nina (2008 r.) trafiłam gdzieś w necie na fotorelację z podróży na Wyspy Galapagos kilkuletniej Niny z Polski. Zachwycił mnie krajobraz tych wysp. Od tego roku śledziłam ceny przelotów do Ekwadoru i pobytu na Galapagos. Nieustannie były za wysokie do naszych rodzinnych możliwości. Dlatego też w 2016 r. postanowiłam, że czas „przycisnąć pasa” i spełnić  kolejne marzenie – zobaczyć przyrodę Galapagos! Co do podróży decyzje podejmuję błyskawicznie kierując się zasadą, że trzeba świat daje Ci tyle, po ile masz odwagę sięgnąć.





Informacje przyrodnicze o Galapagos
Nazwa Wyspy Galapagos oznacza wyspy żółwie. Ten wulkaniczny archipelag, znajdujący się około 900 km od wybrzeży Ameryki Południowej, obejmuje 13 większych i ponad 100 maleńkich wysp. Znajdują się one na styku 3 płyt tektonicznych: Płyty Pacyficznej, Płyty Nazca i Ryftu Galapagos. To determinuje ich charakter. Pod płytami znajduje się ogromny zbiornik gorącej lawy, która nie tylko miliony lat temu wypiętrzyła wyspy, ale obecnie wpływa na  temperaturę prądów oceanicznych opływających archipelag.  Najwcześniej powstały wyspy na północnym wschodzie, a te na południowym zachodzie są najmłodsze. W Oceanie od lipca do grudnia rolę dominującą przejmują zimne Prądy Humboldta i Cromwella, które dostarczają składniki odżywcze pozwalające na kwitnienie m.in.  wodorostów. Nastaje czas obfitości pokarmów, a co za tym idzie czas gromadzenia się zwierząt wokół morskich „paśników”.  Ale wszystko to może popsuć El Ninio, który przynosząc ciepło, przyczynia się do kurczenia zasobów żywności. Przystosowały się do tego legwany morskie, które wraz z malejącą ilością pożywienia, kurczą się! A ich pyski są białe z powodu osadzającej się soli. Fenomenem tych wysp jest m. In to, że jest tu znacznie więcej gadów niż ssaków! I choć to Karol Darwin rozsławił Wyspy Galapagos (był tu w 1835 roku), to pierwszym  człowiekiem, który postawił stopę na tym niegościnnym terenie był biskup Panamy w 1535 roku. 12 lutego  1832 r. Ekwador uznał Wyspy Galapagos za swoje terytorium. Pierwszym ich  Gubernatorem został Jose Maria Villamil.

Wylot na Galapagos mieliśmy o godz. 8:10, stąd śniadanie zjedliśmy na prędce o godz. 6:00. Dziewczyny poszły na lotnisko na piechotę, gdyż musiały pokonać kładkę przez drogę. Tomek nie miał siły targać naszych bagaży i zdecydował, że my weźmiemy taxi. Za 5 minut jazdy zapłacił 5 USD. Nic, tylko być taksówkarzem w Guayaquil! Przez ranne śniadanie, które mogli nam zaserwować dopiero od godz. 6:00, na lotnisku byliśmy na 1,5 godziny przed odlotem. I to był za krótki czas. Okazało się, że odprawić możemy się dopiero po dokonaniu skanu bagaży i opłaty 20 USD na głowę (dzieci tyle samo). Stanęliśmy w ogromnej kolejce do opłaty, uzyskując wcześniej informację, że aby odlecieć, musimy zdążyć z tymi formalnościami do godz. 7:30. Mieliśmy na to 40 minut. Kolejka praktycznie stała w miejscu, a przed nami było ze 100 osób. Tomek dowiedział się, że możemy skan zrobić wcześniej i wrócić do kolejki po opłatę. Tak też uczyniliśmy. Po drodze usłyszałam rozmowy w polskim języku. Postanowiliśmy poprosić rodaków o pomoc, by nas zabrali do kolejki. Stali już z przodu. Nie bardzo chcieli się na to zgodzić.  My jednak twardo do nich zagadywaliśmy stwarzając pozory w kolejce, że się dobrze znamy i podróżujemy razem. Przy okazji Tomek „adoptował” jeszcze starszą panią z Australii – nazywając ją ciocią. Kobieta była mocno zagubiona, a nikt nie chciał jej pomóc. Tym sposobem udało się, aż 7 osobom wcisnąć do kolejki. Formalności zakończyliśmy o godz. 7:11. Gdyby nie ten „fortel”, to nie udałoby nam się zdążyć z formalnościami przed wylotem. Mieliśmy sporo szczęścia spotykając tych Polaków – zresztą pierwszych w naszej podróży.
Po niecałej 1,5 godzinie lotu wylądowaliśmy na wyspie Baltra. Z bólem serca musieliśmy się rozstać z 300 USD (2 x 100 – dorośli, 2 x 50 – dzieci) jako opłatą za wstęp do Parku Narodowego  Galapagos. Potem pies służbowy straży granicznej przeszedł się po naszych bagażach i mogliśmy wsiąść do darmowego autobusu dowożącego przyjezdnych do kanału między wyspami Baltrą i Santa Cruz. Tam promem za 1 USD od osoby (dzieci na Galapagos nigdzie nie miały zniżki) przepłynęliśmy na drugi brzeg. Mieliśmy szczęście, gdyż w porcie stał autobus do Puerto Ayora (jeżdżą bardzo nieregularnie, my dolecieliśmy przed godz. 10:00). Zabraliśmy się nim na drugą stronę Santa Cruz za 2 USD od osoby. 


Istota Galapagos











Gdy autobus dowiózł nas do portu, to ja z Olą i dziećmi zostałyśmy przy bagażach, a Tomek z Benią poszli szukać noclegu. Długo im zeszło. Gdy wrócili, oznajmili, że miejsc hotelowych jest mnóstwo, ale są drogie, a najtaniej znaleźli za 20 USD od osoby. Zaproponowałyśmy z Olą by poszli bliżej, tuż przy porcie.  I tym sposobem znalazł się hotel Liar del Mar za 30 USD za pokój dwuosobowy z łazienką (50 m od głównej ulicy przy porcie). My bierzemy tu pokoje dwuosobowe, a dzieci śpią na materacach (Quechua, małe i lekkie, mniej miejsca zajmują niż maty samo pompujące), w śpiworach. Tym sposobem zaoszczędzamy sporo kasy, gdyż nie dość, że trudno znaleźć pokoje 4 osobowe, to pokoje 3 osobowe kosztują średnio 45 USD. Szukając noclegów na miejscu, ceny mamy niższe, gdyż nie płacimy podatku (różnie, ale przeważnie 12 %) narzuconego na booking. com. Idąc nieco w głąb wyspy w lokalnej jadłodajni zjedliśmy obiad w zestawie „menu del dia”: zupa, drugie danie (mięso, ryż, surówka) i sok w cenie 4 USD. W centrum 1 danie kosztowało od 12 USD, a pizza nawet 30 USD.
Jeszcze tego dnia poszliśmy rozejrzeć się za transportem na inne wyspy. Agencji tu nie brakowało. Promy na San Cristobal i Izabelę kosztowały 30 USD od osoby w jedną stronę. Dołączyła do nas reszta ekipy i znowu byliśmy w 11 osób. Benia z Olą rozpoczęły negocjacje dotyczące jakieś ciekawej wycieczki. Udało im się stargować do 80 USD od osoby za rejs wokół Izabeli z jedzeniem, snorklowaniem i oglądaniem przyrody w przypadku uczestnictwa całej grupy. Stwierdziliśmy, że to i tak drogo. Pewnie na Izabeli będzie taniej. Gdybyśmy tylko wiedzieli, że wcale tak nie będzie… Potem czas pokazał, że cena była bardzo korzystna i najprawdopodobniej w ciągu 1 dnia zobaczylibyśmy wszystkie największe atrakcje Izabeli: głuptaki, pingwiny, żółwie morskie, rekiny i pływające iguany.  Na miejscu okazało się, że wcale nie tak łatwo można je było zobaczyć z brzegu (zwłaszcza dotyczyło to głuptaków i pingwinów).
Po południu wybraliśmy się na około 3 godzinną wycieczkę do największych atrakcji wyspy. W porcie, po kilku mniej udanych próbach targowania się, wreszcie znalazł się kierowca, który za 40 USD (wyszło po 8 USD na głowę – 4 osoby dorosłe i 2 dzieci liczone jako 1 osoba dorosła) zawiózł nas a Ranczo Primicias – inaczej El Chato (wstęp 5 USD, dzieci 3 USD). Tam mogliśmy zobaczyć żółwie słoniowe, z których słynie Galapagos (można je gratis zobaczyć w Stacji im. Charlesa Darwina oddalonej około 20 minut na piechotę od Puerto Ayora).















Żółwie słoniowe
Każda wyspa jest zamieszkała przez inny gatunek żółwia. Rozróżnia się je między innymi po kształcie skorupy, który notabene zależy od ilości pokarmu. Im mniej roślinności, tym skorupa jest bardziej płaska, a otwór na głowę większy. Taka budowa ciała pozwala na lepsze penetrowanie terenu oraz zwiększa możliwości sięgania po pokarm nawet do 2 metrów wysokości!

Nam zależało na wejściu do tuneli lawowych, które znajdują się na terenie tego rancza, dlatego też zdecydowaliśmy się zapłacić za te żółwie i mieć w cenie wejście do tuneli. 400 metrów wędrówki było bardzo fajnym i ciekawym doświadczeniem. Dzieciaki były zachwycone przeciskaniem się pod 0,5 metrową szczeliną!







Gdy wyszliśmy na świat, okazało się, że spowija go mgła. Niezrażeni tym pojechaliśmy według planu do Los Gemelos. To niezwykłe miejsce powstało wskutek wygaśnięcia 2 kraterów wulkanu, które się zapadły. Tropikalna roślinność nie lubi pustki i błyskawicznie skolonizowała dwie skalne zapadliny. We mgle wyglądały jeszcze bardziej tajemniczo, jak zaginiony świat. Wszyscy spodziewaliśmy się, że zaraz z zielonej czeluści wynurzy się głowa dinozaura…






5 dzień – Santa Cruz

Rano całą ekipą wybraliśmy się na plażę La Tortuga – w okolicy marketu przy porcie trzeba było iść w głąb miasta (czas przejścia około 40 minut, nie da się dojechać). Zabudowania wkrótce się skończyły i dalej szło się wybrukowaną drogą przez pola lawowe porośnięte kaktusami. Po wejściu na plażę najlepiej po białym piasku iść w prawo, aż dojdzie się iguan wylegujących się na piasku. Gdy dalej na prawo przejdzie się pod drzewami, dochodzi się do spokojnej zatoki, gdzie w namorzynach siedzą przeróżne ptaki. Woda w morzu była bardzo zimna, zarówno na otwartym akwenie, jak i w zatokach. Ale my wiedzieliśmy o tym, że wybierając okres naszych wakacji, trafiamy na zimny prąd Houmboldta i Cromwela. Skacząc przez fale zastanawiałam się czy przypadkiem nie przesadziłam z pasją podróżniczą w przypadku tej wyprawy: wydać tyle kasy na przelot i kąpać się w „Bałtyku”?! Ale jak koło mnie przepłynęła foka, a kawałek dalej zobaczyłam jak nieruchomo na białym piasku iguany wygrzewały swe smocze ciała, to przestałam mieć wątpliwości co do wyboru miejsca na wyprawę.
A wieczór spędziliśmy cudownie – obchodząc moje urodziny!

Droga na plażę La Tortuga






















6 dzień: Santa – Cruz – San Cristobal




Znowu jesteśmy w szóstkę. Dwa dni wcześniej kupiliśmy bilety na prom na San Cristobal. Teoretycznie mieliśmy wypływać o godz. 7:00, ale wielość formalności wydłużała się. Na początek musieliśmy stawić się w porcie u odpowiedniej osoby (odpowiedzialnej za daną łódź; wypływa ich wiele jednocześnie) i na liście pasażerów dopisać swoje nr paszportów. Dalej trzeba było ustawić bagaże w rządku i pies dokonywał ich obwąchiwania. Następnie dosyć pobieżna kontrola bagaży kończyła się ich zaplombowaniem i ładowano nas na taxi wodne (0,50 USD od osoby) do 12 osób do łodzi. Gdy dopłynęliśmy do promu, okazało się, że był on mocno przepełniony. Mógł zabrać maksymalnie 25 osób, a naliczyłam ich co najmniej 35! Podróż była koszmarna. Żołądek wywracał się na drugą stronę od bujania i spalin, a w ścisku wszyscy po sobie deptali. Dwie godziny wydłużyły się do koszmarnych trzech. Gdy wysiadłam na ląd, to nie wyobrażałam sobie podróży powrotnej do tego stopnia, że zaczęłam szukać samolotów. Niestety ich cena zniechęciła mnie błyskawicznie do zakupu – ponad 1500 zł na osobę w jedną stronę!
Hotel znaleźliśmy błyskawicznie – „San Francisco” na głównej ulicy 300 m od portu kosztował 25 USD za dwójkę z łazienką i 30 USD za trójkę z łazienką. Kupiliśmy bilety na 3 inne promy – płacąc 82 USD za wszystko (dzieci 60 USD). Potem okazało się, że druga część ekipy wytargowała cenę 25 USD za każdy prom.



Ja - fan Barcy! San Cristobal
Ruszyliśmy obejrzeć faunę San Cristobal. Na ulicy złapaliśmy taxi i dogadaliśmy, że za 40 USD całą szóstkę zawiezie w kilka miejsc: El Junco Lago (700 m npm), Centro de Crianza de Tortugas (rezerwat żółwi), Playa Puerto Chino i Playa La Roberia. Wszystkie miejsca były dostępne gratis. Wyjście na El Junco było porażką. Górka nakrapiana deszczem tonęła we mgle. Ze szczytu podobno widać jezioro, morze i miasteczko, ale my ledwo widzieliśmy siebie wzajemnie. A sądząc po wysokim stopniu oślizłości schodów prowadzących na górę, stan, który zastaliśmy, był raczej normą.


Droga na El Junco

W Centro de Crianza de Tortugas obejrzeliśmy żółwie słoniowe.










Na Playa Puerto Chino, oddalonej jakieś 10 min drogi od parkingu, powitały nas foki porozkładane lub pokracznie poruszające się po czarnych kamieniach rozsianych na białym piasku.











Do fok i żółwi morskich na Playa La Roberia dotarliśmy już późno, mijając po drodze zastygłe w bezruchu iguany. Druga część ekipy, która przyjechała tu kilka dni po nas, przybyła na plażę rano i poszła dalej na skały, mijając zatokę z fokami. Droga była trudna, ale opłacała się, gdyż spotkali głuptaki niebieskonogie. Ta plaża oddalona jest od miasta jakieś 30 – 40 minut pieszo. Można też złapać niedrogo taxi. Zbierając doświadczenia 2 ekip, wybór plaży La Roberia jest najtańszą i najlepszą opcją zobaczenia dużej ilości różnorodnych zwierząt. A przy okazji można poplażować, bez ciągłego przemieszczania się.
My z plaży wróciliśmy, podczepiając się za darmo do autobusu, którym podróżowała jakaś wycieczka Europejczyków.





7 dzień: San Cristobal – Santa Cruz – Isabela
Portem przesiadkowym między wyspami jest Santa Cruz. Rano  o godz. 7:00 wypłynęliśmy do Santa Cruz. Tam przechowano nam bagaże i o godz. 15:00 wsiedliśmy na prom na Isabelę. Te dwa rejsy nie były takie złe. Tym razem nie bujało.
W międzyczasie na Santa Cruz wzięliśmy wodne taxi za 0,80 USD i popłynęliśmy na drugi brzeg, by dostać się do Las Grietas. Droga była dobrze oznaczona strzałkami. Po drodze minęliśmy urokliwą zatoczkę ze spokojną wodą i białym piaskiem, słone różowe jezioro i pola lawowe z kaktusami. Drewniane podesty doprowadziły nas do samego przesmyku skalnego. Pływanie między dwoma blokami skalnymi było ciekawym doświadczeniem. W wodzie były tylko ryby, ale sceneria była bardzo malownicza.


Na wodnym taxi

Słone jezioro po drodze do Las Grietas

Widoki po drodze do Las Grietas


Dochodzimy na miejsce...



Las Grietas





Tomek

Plaża "po drodze" do Las Grietas


Ola z Benią tego dnia odwiedziły jeszcze żółwie w Centrum im. Charlesa Darwina (wstęp gratis) – 20 minut pieszo od portu. A my przyglądaliśmy się fokom, pelikanom i czapli żebrzącym o ryby na targu rybnym w centrum miasteczka przy głównej drodze.


To moja ławka w porcie i co mi zrobicie?!











 Na Isabelę dostawało się z promu wodnym taxi za 1 USD. W porcie czekała nas kolejna nieuzasadniona i wysoka opłata – 10 USD za wstęp na wyspę. 


Port na Isabeli

Port na Isabel

Do centrum było około 1,5 km, częściowo po szutrowej drodze. My, z uwagi na ciężkie walizki, zdecydowaliśmy się wzięcie taxi (po targowaniu się za wygórowane 2 USD!). Znaleźliśmy hostal Brisas del Mar za 25 USD za pokój dwuosobowy z łazienką. Obiady i kolacje jedliśmy w restauracji bez nazwy, która znajdowała się w ciągu restauracji na centrum („na Rynku”) za restauracją o nazwie Ceasar. Dania dnia (Menu del Dia): zupa, drugie danie i sok kosztowały od 5 do 7 USD (za 7 USD były krewetki z ryżem, frytkami i sałatką!).
Ulica z nasz restauracją na "Rynku"










8 dzień: Isabela
Jeszcze dzień wcześniej próbowaliśmy wytargować przyzwoitą cenę za pływanie w Los Tunelos  (tunele lawowe, pływanie z rybami, rekinami, pingwinami i  oglądanie głuptaków).  Mimo niewielkiej ilości turystów najniższą ceną, jaką udało się wynegocjować, to było 105 USD od osoby. Na rodzinę to wychodziło aż 420 USD. Nie chcieli się zgodzić na 50% za dzieci. Wiedzieliśmy, że dzieci nie skorzystają z tej wycieczki, dlatego też odpuściliśmy. Wzięliśmy za to wycieczkę kajakami na Tintoreras (45 USD od osoby, dzieci tyle samo). Podpłynęliśmy pod te skalne wysepki, by podziwiać na jednym występie skalnym głuptaki niebieskonogie, pingwiny i fokę. Zdjęcia robiło się bardzo trudno, gdyż kajak bujał się na wodzie. Przewodnik opisał nam  mechanizmy, które powodują, że głuptaki i pingwiny galapagoskie są zagrożone. W przypadku tych pierwszych jest to łączenie się w pary na całe życie. Jeśli chodzi o pingwiny - wysokie temperatury latem zmuszają upalone słońcem samice do chłodzenia się w wodzie, co powoduje, że wysiadywane przez nie jaja gotują się. W 2016 r. doliczono się zaledwie 900 pingwinów galapagoskich. Według szacunków biologów za 100 lat ten gatunek zniknie z powierzchni Ziemi. Przykre i niesamowite – mieliśmy okazję jeszcze je zobaczyć! I to tak blisko. Pingwiny przepływały jakieś 2 metry od nas. Wycieczka obejmowała także snorklowanie, podczas którego podziwialiśmy ryby, płaszczki, pływające iguany, żółwie i małe rekiny. Jednak zimna woda, mimo pływania w piankach, szybko wygoniła nas z powrotem do kajaków.







Głuptak niebieskonogi - blue foot bobie

Już sami pływaliśmy także w zatoczce na La Concha Perla razem z żółwiami, płaszczkami i rybami. Zejście do tej zatoki jest tuż przy porcie, w lewo, a na drodze wśród namorzyn wylegiwały się foki. Do wody wchodziło się z pomostu.



Laguna na Concha Perla



Niesamowice zobaczyć te wszystkie zwierzęta pod wodą!





Tym razem kolację stanowiła zupa, a na drugie danie langusta (z ryżem, frytkami, sałatką i sokiem) za 12 USD. Mało to nie było, ale cena i tak była znacznie niższa niż w Tajlandii!






9 dzień: Isabela – Santa Cruz
Dzień spędziliśmy wędrując wzdłuż malowniczej, wielokilometrowej i prawie pustej plaży by dotrzeć do miejsca o nazwie El Estero. Jego skalisty brzeg przyciąga bowiem głuptaki. Widzieliśmy je, ale w locie podczas polowania i nurkowania za rybami. Trafiliśmy także na żółwie morskie. 









A tu nagle dziewczyny się wyłoniły w okolicach El Estero...











Zeszliśmy też na chwilę ze szlaku w kierunku Centro de Crianza de Tortugas, by porobić zdjęcia majestatycznym flamingom i innym ptakom. Po drodze musieliśmy uważać, by nie podeptać iguan.





Fregata
Po południu odłynęliśmy na Santa Cruz. Koszmarny rejs zakończył się ładnymi widokami w porcie docelowym: w wodzie pływały rekiny, foki przemierzały pomost wraz z turystami, a głuptaki i pelikany nurkowały za rybami.




Spaliśmy w tym samym hostalu, co poprzednio, gdyż zostawiliśmy w nim niepotrzebne na wyspach bagaże. Odzyskaliśmy je bez uszczerbku (przechowanie za darmo).
Wieczorem wybraliśmy na kolację na Binford Street, gdzie na powietrzu zjadłam rewelacyjne danie – cazuela de mix mariskos (15 USD). Moje kubki smakowe oszalały z radości, gdy poczuły kremowy warzywny sos, którym zostały polane kawałki ryby, krewetek i ośmiornicy.


Casuela de mariscos

Nowy przyjaciel?

10 dzień: Santa Cruz – Guayaquil – Salinas
Podobno o godz. 7:00 i 8:00 z dworca autobusowego odjeżdżają autobusy na lotnisko. My nie zawracaliśmy sobie tym głowy i na 6 osób wzięliśmy taxi za 20 USD. Potem był prom za 1 USD od osoby na Baltrę i darmowy autobus na lotnisko. Formalności wyjazdowe były znacznie krótsze niż przy wjeździe, ale musieliśmy pokazać potwierdzenie opłaty 100 dolarowej za wjazd do Parku Galapagos.  Czekając na lot Tomek nagle usłyszał, że go wzywają. Musiał podejść wyjaśnić jakieś sprawy z zawartością bagażu. Na szczęście długo mnie nie trzymał w niepewności. Okazało się, że kontrola wzięła woreczek z solą za piasek. Sól i Tomek polecieli dalej.
Wylądowawszy w Guayaquil wszyscy postanowili zmienić plan. Zamiast zostać na noc w tym największym mieście Ekwadoru z dwóch propozycji wybraliśmy wyjazd na wybrzeże do miejscowości Salinas. Wszystko odbyło się w błyskawicznym tempie: wskoczyliśmy przed lotniskiem w taxi (stała opłata 4 USD) i za 5 minut byliśmy na dworcu autobusowym. Odległość między obiektami była niewielka, ale nam zależało na szybkim transporcie. Kupiliśmy bilety  Santa Elena (4,15 USD za osobę, dzieci 50%) i za 8 minut mięliśmy odjazd z 3 piętra. Po 2 godzinach dotarliśmy do celu i przesiedliśmy się na miejski autobus za 0,30 USD do Salinas. Po godzinie jazdy stanęliśmy na szerokiej białej plaży, przy której wybudowano nowoczesne apartamentowce. Gdybym nie wiedziała, że jestem w Ekwadorze, pomyślałabym, że przechadzam się po Miami.




Goście weselni 


Nasz hotel - Dream Beach Colonial - stał między wieżowcami. Nie wróżę mu długiej przyszłości... 

Widok z naszego pokoju w hotelu

Zajadam churros


Wśród wysokich i architektonicznie ładnych bloków w pierwszej linii na plaży stał mały, nieco odrapany budyneczek. Okazał się hotelem o nazwie Dream Beach Colonial i stał się naszą noclegownią na 1 dobę. W dosyć obskurnych warunkach, ale za 25 USD za pokój (z łazienką) i z widokiem na plażę daliśmy radę przeżyć.
Plażą lub tuż przy niej spacerowaliśmy do nocy, z przerwą na kolację w sevicheria niedaleko kościoła. Po Galapagos tutejsze ceny wywoływały u nas niemal dziecięcą radość:  krewetkowe seviche - 7 USD, cazuela de camarones – 4 USD, duże piwo 2 USD (na Galapagos 4 USD małe piwo w knajpie)!


Ceviche de camarones

Zupa warzywna z krewetkami

Relaxing time

Nocny spacer




11 dzień: Salinas – Cuenca
Korzystając do końca z pięknych widoków śniadanie zjedliśmy na plaży. Drogę powrotną do Guayaquil odbyliśmy analogicznie do przyjazdu. Zajęła ona 3 godziny. W Guayaquil na terminalu autobusowym w okienku nr 51 kupiliśmy bilety do Cuenca (8,25 USD, dzieci 50%). Droga do celu zajęła nam około 4 godzin (wyjazd o godz. 15:20). Po około 2 godzinach drogi wjechaliśmy w Andy, które powitały nas spektakularnymi widokami.



Na dworcu w Cuenca Benię zagadał jakiś facet, który okazał się być Włochem i zaoferował nam nocleg w dobrej cenie: 10 USD od osoby ze śniadaniem. Za 1 USD podjechaliśmy pod Hostal y Spa Mi Paraiso. Miejsce nas zachwyciło. Była to nowoczesna willa, w której małżeństwo włosko – ekwadorskie z dwoma psiakami wynajmowało pokoje. Czysto i pachnąco. Zamówiliśmy także pokoje dla reszty ekipy, która miała do nas dołączyć jutro. Za dzieci płaciliśmy tylko 2,50 USD za śniadanie (nasze było w cenie). Przez cały pobyt wieczorem jadaliśmy u nich ciepłe domowe kolacje (ryby, seviche, kurczak, wołowina -  tradycyjnie z ryżem, frytkami i sałatką), piliśmy pyszną, przyrządzaną po włosku kawę Cubanito (made in Ecuador). Zrobiliśmy też pranie.


Namiary na fajną miejscówkę w Cuenca

12 dzień: Cuenca – Cajas National Park
Gdy wybraliśmy się na dworzec, by kupić bilety na autobus do  Cajas National Park, okazało się, że musimy czekać na niego ponad 1,5 godziny (odjazdy o 10:00, 12:00, 14:00). Zdecydowaliśmy się na przejazd taxi – 16 USD. Opisanej na stronie internetowej Parku 10 dolarowej opłaty nikt od nas nie pobrał. Gdy znalazłam się na wysokości około 4000 m nagle poczułam jakby płuca przestały oddychać. Łapczywie łapałam powietrze, a ono nie chciało płynąć przez mój organizm. W oczach pojawiły się mroki, pole widzenia się zawęziło, a nogi zaczęły pływać zamiast stać twardo na ziemi. Cukierki z koką oraz herbata z koki poprawiły stan na tyle, że mogliśmy powoli ruszyć na trasę. Po rejestracji wybraliśmy szlak nr 1 wokół jeziora. Wydawałby się, że była to bardzo łatwa droga. Ale na tej wysokości nic nie było proste, gdyż brakowało nam aklimatyzacji. Każde wzniesienie wyczerpywało do cna. Na szczęście po nim pojawiało się zejście, na którym można było odpocząć i uspokoić rozkołatane serce. Ten niesamowity dyskomfort i nadludzki wysiłek wynagradzany był spektakularnymi widokami poszarpanych gór otaczających ciemną taflę jeziora.

























O godz. 14:00 z pobliskiej autostrady mieliśmy autobus powrotny do Cuenca za 0,30 USD od osoby. A potem ruszyliśmy w miasto.











Najdroższy znaczek z podróży - 3 USD + 0,36 USD opłaty pocztowej - a wszystko to uiszczone na rachunku , bez którego nie dało się obejść procedury zakupu!




Katedra


Katedra


Drzwi Katedry








13 dzień:  Cuenca – Ingapirca
O godz. 9:00 znowu całą 11 osobową ekipą odjechaliśmy autobusem z dworca do Ingapirca (drugi i ostatni autobus o godz. 12:20) – 3,5 USD w jedną stronę (można od razu kupić bilet powrotny: godz. 13:00 i 15:45). Po około 2 godzinach dojechaliśmy na miejsce. Wstęp do ruin inkaskiego miasta kosztował 2 USD. Anglojęzyczny przewodnik nawet ciekawie opowiedział o historii tego maleńkiego miasteczka kiedyś potężnych Inków. Spokojnie zdążyliśmy na autobus powrotny o godz. 13:00. Po powrocie już całą ekipą przechadzaliśmy się po ulicach Cuenca.


Roman w towarzystwie Indianek

Agnieszka i Benia 

Jedziemy do Ingapirca




Ingapirca - ruiny inkaskiego miasta


Widoki dookoła Ingapirca




W Cuenca - cieple lody

Asia z Markiem zajadają empanady


Kolorowy Ekwador






14 dzień: Cuenca – Baños
Autobus do Baños mieliśmy o godz. 8:45 – 10 USD. Po ponad 7 godzinach dojechaliśmy do celu. Tutaj pokoje mieliśmy zarezerwowane przez Internet, gdyż zawitaliśmy tu podczas tzw. długiego weekendu (10 sierpnia – Święto Niepodległości Ekwadoru). Wszystkim udało się w miarę sprawnie zameldować, oprócz naszej rodziny. Obsługa Great Hostel Backpackers nie widziała naszej rezerwacji. Pokazanie im jej na bookingu sprawy nie rozwiązywało. Wreszcie po ponad godzinie udało się sporną kwestię wyjaśnić. Pierwotna rezerwacja obejmowała 2 pokoje: 1 prywatny dla nas i 1 łóżko dla Beni. Gdy dołączyła do nas Ola, odrezerwowałam łóżko dla Beni, zostawiając prywatny pokój z łazienką dla nas. A oni tutaj tego nie zauważyli i skasowali całą naszą rezerwację.  Pokój w końcu dostaliśmy (30 USD ze śniadaniem).

15 dzień: Baños – Pillaro (Święto Niepodległości Ekwadoru – 10 sierpnia)
Rano wybraliśmy się do gorących źródeł – La Vigen. Z hostelu mieliśmy niecałe 5 minut na piechotę. Wstęp kosztował 2 USD (3 USD od godz. 18:00). Po ostatnich kilku chłodniejszych dniach z przyjemnością wygrzewaliśmy się w ciepłej wodzie.







Gorące źródła

Czepki obowiążkowe



Z powodu zamieszania z rezerwacją właściciel hotelu zaproponował nam w tej samej cenie pokój z 4 łóżkami. Z przyjemnością na to przystaliśmy. Kolejne 3 noce dzieci spały w łóżkach, a nie na materacach.
Zgodnie z przewodnikiem „Wiedzy i życia” w tym dniu w miejscowości Pillaro z okazji Święta Niepodległości Ekwadoru miała się odbywać fiesta Diablada. Ulicami miasteczka miały przechodzić parady osób w diabelskich maskach. Całą podróż układałam względem daty 10 sierpnia – tak by tu być właśnie w tym dniu. Ugadaliśmy taxi na 11 osób za 80 USD w dwie strony i pojechaliśmy. Po około 1,5 godzinie dotarliśmy do miasteczka, które wcale nie wyglądało, jakby miało się szykować do wielkiej fiesty. Kierowca pytał się o nią kilku osób. Skierowano nas na ulicę, którą między godz. 14 a 20 miała iść maskarada. Z uwagi na to, że byliśmy wcześniej, postanowiliśmy poszukać czegoś do zjedzenia. Wypytywaliśmy jednocześnie o tą Diabladę. Dość szybko udało nam się ustalić, że ma ona miejsce… od 1 do 6 stycznia! Co za kraj?! Tylu osób się o to wydarzenie pytaliśmy i dostaliśmy konkretne wskazówki co do miejsca i godziny. Czyli przekazano nam to, co chcieliśmy usłyszeć. Ekwadorczycy mają niewielką wiedzę o własnej kulturze i zwyczajach nawet w najbliższej okolicy. A kasa wyciągnięta od Białasów się liczy! Ale nic straconego, przeszliśmy się po miasteczku, budząc prawdziwą sensację. Zjedliśmy mięso z pieczonej świni z plackiem i warzywami za 2,5 USD. Popiliśmy soków ze świeżych owoców za 1 USD.


Pilaro













Przedstawiciele młodszego pokolenia: Kacpi, Marianka i Nina z miejscowym chłopakiem






Miejscowi pozowali z przyjemnością



Co za koszmary!

Wrocławskie ładniejsze!

16 dzień: Baños
Na godzinę 5:45 wybraliśmy się na przystanek autobusu do Casa del Arbol czyli huśtawki na tle wulkanu Tungurahua (mapkę z przystankami autobusowymi do wielu atrakcji dostaliśmy w hotelu). Za 1 USD dojechaliśmy po jakiś 40 minutach na miejsce. Mieliśmy wiele szczęścia, gdyż wulkan ukazał nam się w pełnej okazałości, a oprócz naszej rodziny, chętną do huśtania się była tylko jedna Singapurka (Ola po południu trafiła na tłumy i huśtanie było limitowane do 5 bujnięć, a następnego dnia rano reszta ekipy miała rano liczniejsze towarzystwo). O godz. 8:00 wracaliśmy pierwszym powrotnym autobusem.


















Po południu autobusem za 0,50 USD w kierunku Ruta de Cascadas pojechaliśmy do wodospadu Pailon del Diablo. W tym Czarcim Kotle czuliśmy się jak w drodze do Morskiego oka w weekend majowy. Musieliśmy przedzierać się przez tłumy Ekwadorczyków świętujących niepodległość kolejny dzień. Wstęp kosztował 1,5 USD.










17 dzień: Baños – Riobamba – Baños


Na pół dnia wybraliśmy się do Riobamby. Bilet autobusowy kosztował 3 USD. Dzień był pochmurny, ale los okazał się dla nas łaskawy. Swe zaśnieżone oblicze pokazał nam Chimborazo – najwyższy szczyt Ekwadoru (nieczynny wulkan). Z punktu widokowego w Parku 21 de Abril najlepiej można było go podziwiać.





























Świnki morskie - qui



18 dzień: wyjazd do Lago Agrio       
Bilety autobusowe do Teny kupiliśmy dzień wcześniej – 5,50 USD  i nieco później niż według rozkładowej godz. 7:40 wyruszyliśmy znowu w drogę. Wiedzieliśmy, że będzie daleka. Ale w Lago Agrio (inaczej Nueva Loja) czekała na nas wynegocjowana przez Internet w Dreacena Amazon Explorations wyprawa do Amazonii.  Dostałam dobrą cenę za 4 dni (3 noce) pobytu w Amazonii – 250 USD od osoby dorosłej i 200 USD od dziecka za cały pobyt z transportem z Lago Agrio, noclegiem w pokoju czteroosobowym w Nicky Lodge, jedzeniem (3 posiłki dziennie), piciem i wycieczkami w dżunglę na miejscu (oglądanie przyrody oraz lokalnych społeczności). Będąc już w Ekwadorze Dreacena wysłała mi maila z prośbą o zapłatę. Ale dogadaliśmy się, że zapłacimy na miejscu. I tak też się stało.
Z Teny (tu z Baños jechaliśmy niecałe 3 godziny) okazało się, że najbliższy autobus do Lago Agrio jest za 4 godziny, więc pojechaliśmy do Coca (inaczej Puente de Francisco Orleana) – 8, 45 USD (5 godzin jazdy). Tam już złapaliśmy autobus do Lago Agrio – niecałe 3 USD (1,5 godziny jazdy). Po prawie 10 godzinach w podróży dotarliśmy na miejsce. Upał i nasycenie powietrza wilgotnością było dla wszystkich szokiem po umiarkowanym klimacie Baños. Nocleg wzięliśmy w hotelu Selva Real – 20 USD. Mimo braku klimy wszyscy spali jak zabici.

19 dzień: wyjazd do Amazonii
Jak napisano na stronie internetowej Dreacena wyjazd odbył się o godz. 9:30 spod hotelu D’Mario. Nikomu nie zależało, by wcześniej odebrać od nas kasę. Zapakowano nas do autobusu i z małym przystankiem na zostawienie w biurze agencji niepotrzebnych w dżungli bagaży, jechaliśmy około 2 godzin do rzeki Cuyabeno. Tam spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem Fabianem Torresem, zjedliśmy lunch i ruszyliśmy rzeką do Cuyabeno Wildlife Reserve. Podróż była znakomita. Długa łódź (z silnikiem) sunęła spokojnie po ciemnych wodach rzeki, a nad nami otworzyło się niebo, by spłukać z nas skwar. Na dzień dobry największy las deszczowy na świecie przywitał nas po amazońsku – czyli nagłym, ulewnym i ciepłym deszczem.  I nikomu to nie przeszkadzało! Ulewa skończyła się szybko, a jak słońce zaczęło znowu palić ziemię, sternik naszej łódki pokazał nam…anakondę! W spokoju czerpała swoje siły witalne z promieni słonecznych. Fabian ucieszony oznajmił wszystkim, że uczestnicy wyprawy mają wielkie szczęście, gdyż rzadko tu się widuje anakondy. A wkrótce spotkaliśmy drugą!
Nasza podróż do celu trwała długo, gdyż po drodze widzieliśmy:
Zdjęcia zwierząt z pierwszego dnia
Gdy już dotarliśmy do Nicky Lodge, miejsce okazało się być niezwykle urokliwe, urządzone z dużą starannością i dobrze zorganizowane. Obecna Nicky Lodge została zbudowana w nowym miejscu niecały rok temu (w 2016 r.). Stwierdziliśmy,  że przez całą dotychczasową podróż nie mieliśmy tak komfortowych warunków. Przestronny pokój z czterema łóżkami i moskitierami (prawie nie było komarów, brak zagrożenia malarią w tej części Amazonii!), dużą łazienką z CIEPŁĄ wodą i hamakiem na tarasie dał nam wszystkim ogromne poczucie komfortu. I to gdzie? W Amazonii!
Jeszcze tego samego dnia cała nasza szóstka wybrała się na nocne zwiedzanie dżungli. Oto co zobaczyliśmy:

Nicky Lodge












Wąż  "24 godziny" - tyle ma się czasu na pożegnanie z życiem. Nie ma odtrutki

Przystań Nicky Lodge


Termitiery w Amazonii zawsze są na wysokości. Na ziemi jest zbyt wilgotno dla termitów

Pająk jakich wiele w Amazonii

Ceiba

Termitiera

Kroczące drzewo. W ciągu roku "przechodzi" około 0,5 metra!


Ceiba

Typowe podłoże w Amazonii



Nasz współlokator


Ogromna ćma. Również mieszkała z nami
20 – 22 dzień: Amazonia – Cuyabeno Wildlife Reserve
Pobyt tutaj był bardzo fajnie zorganizowany. Wieczorem Fabian przedstawiał nam plan na dzień następny (czasem to były wczesne zbiórki, np. o godz. 6:15). Aktywności przeplatane były czasem relaksu, które z pietyzmem kontemplowałam w hamaku.



Pływaliśmy łodzią w poszukiwaniu ptaków i małp – zdjęcia.
Chodziliśmy po dżungli opisywanej ciekawie przez Fabiana. Smakowaliśmy „lemonowe” mrówki, używaliśmy kwasów produkowanych przez termity i inne mrówki zwane „ściągaj gacie” do odstraszania insektów (uzyskiwaliśmy je poprzez dotykanie dłonią termitów i mrówek). Grzęźliśmy w błocie, schylaliśmy się, by nie zniszczyć gigantycznych pajęczych sieci, unikaliśmy trujących żab. Płynęliśmy łodzią bez silnika używając jako napędu siły własnych mięśni, która wprawiała w ruch pagaje. Pogodę mieliśmy nietypowo amazońską: prawie ciągle słońce, a tylko czasem deszcz (ciepły i krótki). Teren naszej lodży odwiedził niepozorny mały, brunatny wąż, który -bagatela zabija człowieka w ciągu 24 godzin. A w pokoju gościliśmy żabę, przepięknego niebieskiego motyla i jakąś potwornie dziwaczną ćmę giganta (wielkości ¾ dłoni!). Widzieliśmy rodzinkę różowych delfinów słodkowodnych baraszkującą w wodach rzeki Cuyabeno. Popłynęliśmy do zatopionego lasu, którego drzewa porośnięte epifitami, kaktusami i jakimiś dziwnymi zwisającymi porostami, wyglądały jak z horroru. Potem kąpaliśmy się w ciepłych wodach laguny, podobno razem z piraniami… Wśród spadających gwiazd i pod doskonale widocznym sklepieniem drogi mlecznej polowaliśmy z latarkami na kajmany. Co jakiś czas pokazywały nam się czerwone oczyska tych nocnych gadów polujących na ryby. W pełnej ciemności ryba wyskoczyła tak wysoko z wody, że plasnęła Kacpra w twarz, wpadła na Olę, złamała ogon i upadła do łódki. Okazało się, że miała potężne zębiska. W ostatnim dniu spotkaliśmy najmniejsze małpki na świecie – pigmejki. Biegały po drzewie niczym szczury. A wracając z Amazonii żegnały nas  wygrzewające się na gałęziach sterczących z rzeki wodne żółwie.  
Pobyt w Amazonii to były wakacje od wakacji. To były tutaj najlepiej wydane pieniądze. Odpowiedni balans między aktywnościami a czasem  relaksu, poczucie bezpieczeństwa zapewnione przez organizatorów pozwoliły nam się niesamowicie odprężyć w niezwykłych okolicznościach przyrody.

23 dzień: powrót z Amazonii do Quito
Jeszcze zjedliśmy lunch podany nam przez naszą agencję i około godz. 15:00 dowieziono nas na dworzec autobusowy do Lago Agrio. Autobusy do stolicy odchodziły co 30 minut, a koszt 8 godzinnej podróży wyniósł 12 USD. Będąc na przedmieściach Quito strzeliła nam opona, w środku zaczęło strasznie śmierdzieć. Pomimo tego kierowca przez około godzinę jechał dalej do celu i wysadził nas na  terminalu Carcelen. Z uwagi na późną porę (po godz. 22:00) taxi za 10 USD dojechaliśmy do hotelu Juana de Arco na Plaza Santo Domingo (wcześniej zarezerwowany przez booking). Było to drugie miejsce, w którym mieliśmy problem ze spaniem w pokoju dwuosobowym (18 USD, pokój z łazienką i śniadaniem). Następnego dnia rano musieliśmy się przenieść do trójki (też z łazienką). Ale na szczęście cena była przystępna – 25 USD, a pokój okazał się cichy (okna poprzedniego wychodziły na skrzyżowanie).
24 dzień: Quito
Niespiesznie zwiedzaliśmy Quito. Udaliśmy się do Bazyliki del Voto National – najstarszej katedry Ameryki Południowej. Z wież podziwialiśmy panoramę miasta (wstęp 2 USD). By zwiedzić wnętrze samej katedry trzeba było dokonać odrębnej opłaty. Przemieszczając się między wieżami mieliśmy możliwość spojrzenia do środka świątyni. Skromne wnętrze nie zachęciło nas do zapłacenia dodatkowych dolarów za wejście do niej.
Wzięliśmy taxi i spod katedry pojechaliśmy na wzgórze Panecillo – z posągiem anioła. Nie było daleko, ale okolica wokół była raczej szemrana, dlatego też przewodniki i miejscowi zalecają dostanie się tam taxi. Jechaliśmy na taksometrze i w dwie strony (kierowca na nas czekał) zapłaciliśmy 5 USD. Na Panecillo mieliśmy okazję popatrzeć znowu na panoramę miasta. Według mnie widok był ciekawszy niż z wież bazyliki.

25 dzień: wyprawa na sobotni targ do Otavalo
Na plaza Santo Domingo mieliśmy przystanek metrobusa. Dojechaliśmy do El Ejido i tam przesiedliśmy się w autobus C5, który dowiózł nas na sam terminal Calcelen – cała ta podróż kosztowała 0,25 USD (dzieci 0,12 USD) i trwała niecałą godzinę. Dalej za 2,50 USD pojechaliśmy do Otavalo. Autobusy odjeżdżają od godz. 4:40 do 21:30 co 10 minut. Droga zajęła nam 2 godziny. Największy targ Ameryki Południowej znajduje się kilka przecznic od[i] terminala. Większość sprzedających Indian mocno się nudziła, a wśród kupujących byli głównie turyści. W niektórych miejscach ceny były bardzo wysokie. Po kilku tygodniach podróżowania i sprawdzania cen w różnych miejscach byliśmy nieźle zorientowani. Ale udało nam się zrobić zakupy w rozsądnych cenach. Ale aby to osiągnąć musieliśmy uruchomić procesy negocjacyjne.

25 dzień: Quito – Mindo
Część bagaży zostawiliśmy w naszym hotelu i znaną nam trasą udaliśmy się na terminal Carcelen. Stamtąd mieliśmy się dalej przedostać na terminal Ofelia, ale okazało się, że jest jedna kompania, która dowiezie nas do Mindo. Bilet kosztował 3,75 USD. Ale autobus nie dowiózł nas do końca. Zostaliśmy wysadzeni przy zjeździe do Mindo, jakieś 8 km od miasta. Tam zaraz złapaliśmy pickupa, którego kierowca zawiózł nas do centrum za 3 USD. Zamieszkaliśmy w Cabania Eden – domek z dużym (dwoje dzieci się pomieściło) i jeszcze większym łóżkiem oraz łazienką kosztował dziewczyny 15 USD, a nas na 4 osoby 20 USD.
Mindo jest małą miejscowością z jedną główną ulicą i małym parkiem w centrum. Mapy można dostać w informacjach turystycznych.
Wzięliśmy taxi – po 1 USD od osoby i pojechaliśmy pod terabitę. Ta kolejka – kosz za 5 USD (cena w dwie strony) przewiozła nas nad drzewami na drugą stronę doliny. Tam przeszliśmy się ruta de cascadas – trasą pięciu wodospadów. Nie były one jakieś imponujące. Za to trasa obfitowała w niespodziewane atrakcje w postaci spotkania dwóch węży – jednego najprawdopodobniej tego „24 godziny” – co zostawia ci tylko tyle czasu na pożegnanie się z najbliższymi, a drugiego czarno – czerwonego czyli mlecznego (niejadowity). Ale mądrzy byliśmy dopiero w pokoju sprawdzając go w necie. W lesie pierwotnie wywołał u nas krzyk, a dopiero potem odstraszyliśmy go tupaniem. Wszyscy ubolewaliśmy że Tomek nie zdążył go nagrać kamerą.
Wieczorem poszliśmy do restauracji El Quetzal – my na brownie (3 USD, dobre, ale nie umywało się do tortu czekoladowego w Baños), a dziewczyny na chocolate tour (10 USD). My sobie to odpuściliśmy, gdyż w innych krajach mieliśmy okazję przyglądać się farmom kakaowym.

26 dzień: Mindo – Quito – Latacunga
Rano poszliśmy oglądać kolibry. Właściciel ogrodu z poidełkami zrobił niezły interes, gdyż za wejście na taras tuż przed ogrodem pobiera 4 USD (dzieci 2 USD). Wokół roiło się od najmniejszych ptaków świata. Widzieliśmy je też w innych miejscach, ale nie były tak dogodne do robienia zdjęć jak ta farma. Gdy komuś nie zależy na dobrych zdjęciach, to nie musi inwestować tych 4 USD, tylko pójść do jakiejś restauracji umieszczonej w ogrodzie z poidełkami. W ogrodzie orchidei (3 USD) też latały kolibry.
Autobusy z Mindo wyjeżdżały do Quito w godzinach 6:30, 11:00, 13:45, 15:00, 17:00 (cena 3,10 USD). Wybraliśmy wyjazd o godz. 11:00, gdyż zamierzaliśmy się dostać jeszcze tego dnia do Latacungi. O godz.13:00 dojechaliśmy do Quito na dworzec Ofelia. Do Latacungi autobusy odchodziły z dworca południowego Quitumbe. By tam się dostać musieliśmy przejechać do dworca Carcelen (0,25 USD), tam albo wziąć autobus za 1, 50 USD do Quitumbe lub pojechać za 0,25 USD autobusem C5 do El Ejido i tam przesiąść się na C4 do Quitumbe. Wybraliśmy tańszą opcję. W sumie przemieszczanie się między dworcami zajęło nam prawie 3 godziny. Autobus do Latacungi mieliśmy od razu (2,75 USD). Po około 2 godzinach dotarliśmy do celu. Odeszliśmy jakieś 800 metrów od dworca w prawą stronę i znaleźliśmy Hostal del Flor za 15 USD za pokój dwuosobowy z łazienką.

27 dzień: Laguna Quilotoa
Z Latacungi wyjazdy do Quilotoa były inaczej wypisane na okienku kasowym niż w rzeczywistości odjeżdżały. Odjazdy były o pełnych godzinach od godz. 6:00 i kosztowały 2 USD. Po niecałych 2 godzinach byliśmy na miejscu, a kierowca wręczył nam kartkę z autobusami powrotnymi (pamiętam tylko godz. 10:45 i 12:15). Około 15 minut zajęło nam dojście spod „przystanku” do punktu widokowego na Lagunę Quilotoa. Nikt nas nie prosił opłatę 2 USD opisywaną przez innych blogowiczów.  Zejście na dół zajmowało około 40 minut i było bardzo przyjemne. Natomiast wejście w górę stanowiło prawdziwą męczarnię podyktowaną chorobą wysokościową, której głównym objawem było odczucie jakby słoń siadł na klatce piersiowej, a nogi dreptały w miejscu. Co najmniej godzinę trzeba było przeznaczyć na powrót. 
Jeszcze tego samego dnia wróciliśmy do Quito do hotelu Juana de Arco na Plaza Santo Domingo.
28 dzień: Quito
Rano Ola wyjechała na lotnisko, by po kilku etapach podróży dotrzeć do Londynu. A my Kusiaki wraz Benią ruszyliśmy na ostatnie eksplorowanie Quito, w którym już po tylu wizytach czuliśmy się jak we Wrocku. Po ostatnim spacerze po Centro Hostirico, pojechaliśmy odpocząć w Parku Ej Ejido (przejazd z Plaza Santo Domingo).  A następnie Trole z przystanku Casa de la cultura pojechaliśmy do Quicentro (przystanek za Stadionem Olimpijskim), by dla kontrastu obejrzeć nowoczesną część Quito.  

29 dzień: wylot do Bogoty
Dzień wcześniej zamówiliśmy z hotelu taxi na 5 osób na lotnisko – 30 USD (zwykła żółta taxi do 4 osób zamówiona przez nasz hotel to koszt 20 USD). Po około 40 minutach byliśmy na lotnisku, 2 godziny przed odlotem. Odprawa trwała bardzo długo, przez większość czasu otwarte było tylko 1 stanowisko do checkingu.  Gdyby lot nie opóźnił się, to przyszlibyśmy na czas boardingu. Tak musieliśmy jeszcze czekać. Po wylądowaniu w Bogocie formalności jeszcze trochę trwały, zanim pojechaliśmy taxi do hotelu koło lotniska „Bogota A Holiday On” (taxi w tą stronę darmowe z hotelu, wyjazd na lotnisko płatny 15000 COP, doliczany do rachunku przy płatności za hotel; 2650 COP = 1 USD)  zamówionego na bookingu (z podatkiem 50 USD za pokój z jednym łóżkiem podwójnym i dwoma pojedynczymi i ze śniadaniem). Zostawiliśmy bagaże i zabraliśmy się z Benią do centrum La Candelaria jadąc Uberem, który był o połowę tańszy od taksówek.  Zaczęliśmy od zwiedzenia Muzeum Złota (Museo del Oro, 4000 COP).
Potem niedaleko, na calle 11, zjedliśmy obiad - kuchnia kolumbijska - w restauracyjce, której wnętrze przypominało włoską trattorię,  o nazwie „La Puerta Falsa”.
Stamtąd mieliśmy tylko krok na Plaza Bolivar. Przed pójściem do Muzeum Botero (wejście gratis) skoczyliśmy tylko na przepyszną kolumbijską kawę w kawiarni „Juan” (extra grande 8900 COP). 
Po zmroku miasto ciągle było pełne ludzi. Czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Robiliśmy zdjęcia, telefon trzymaliśmy w ręce. Do hotelu wróciliśmy ponownie Uberem (11 km, 14000 COP).

30 dzień: wylot do Istambułu
System przewożenia klientów na lotnisko wprawił nas w osłupienie: taksówki przyjeżdżają tylko o pełnej godzinie i nie można ich dostosować do własnych potrzeb.  Na szczęście nasza przyjechała o jakieś 10 minut przed czasem. Niestety od samego rana w Bogocie są korki, nawet na lotnisko. Ale tym razem udało nam się dojechać w 10 minut. Byliśmy 2 godziny przed odlotem, formalności trwały bardzo długo  i zdążyliśmy na last call na boarding. Samolot wyleciał z opóźnieniem. Stop over w Panamie wprowadził kolejne zamieszanie wychodzeniem pasażerów, sprawdzaniem bagaży, sprzątaniem i wprowadzaniem nowych. 8 godzin oczekiwania w Stambule wydłużyło się do 10. Powrót do Polski był także opóźniony. Jeden z bagaży Bernadetty dotarł dopiero po tygodniu, a drugi z prezentami i pamiątkami został całkowicie zniszczony.
Skończyła się nasza ekwadorska przygoda. Ale… za 4 miesiące rozpoczynamy Indie!