INDIE 2018

Indie 2018
Nowy Rok 2018 rozpoczynamy z mocnym przytupem i tak jak my kochamy najbardziej. Czyli podróżą. Lecimy do Indii. W planach mamy „złoty trójkąt” czyli trasę Delhi – Agra – Jalpur,  a następnie Arunachal Pradesh, Assam i Nagaland, by wędrówkę zakończyć krótkim lenistwem na plażach Kerali. 

Jak doświadczyliśmy - 1 stycznia na lotniskach to jakaś trudna data. Ledwo zdążyliśmy do bramki na lotnisku Chopina w Warszawie. I choć dopadliśmy ją prawie w ostatniej chwili, to w rezultacie samolot Turkish Airlines wyleciał opóźniony. Na pokładzie obsługa była strasznie ślamazarna. Czyżby dominował syndrom Sylwestra?





Potem pędziliśmy w Stambule do kolejnej bramki do strefy transferowej, bo wg rozkładu mieliśmy 40 minut do odlotu. No cóż... 


1 dzień - Delhi
Obudził mnie jetlag po godz. 1 w nocy (w Polsce po godz. 21), więc postanowiłam zabić czas pisaniem bloga. Wrócę do doświadczeń wczorajszego dnia. Na lotnisku w Stambule nikt nie poinformował nas o przyczynach opóźnienia lotu, które urosło do 6,5 godziny. Podobno smog w Delhi nas zatrzymał. Gdybyśmy też z własnej inicjatywy nie zaczęli dopytać się o jedzenie, to nikt by nam go nie zapewnił. No, ale dolecieliśmy. Formalności wizowo – paszportowe i odebranie bagażu zajęły nam około 2 godzin. Mieliśmy wizę online (50$), którą nam potem wbito w postaci stempelka wjazdu do paszportu. Mając na uwadze złodziejski lotniskowy kurs wymieniliśmy tylko niewielką ilość dolarów, by starczyło na taxi (1$ - 54 rupie indyjskie – INR). Kasę warto wymieniać tylko w punktach, które nie pobierają prowizji. W jednym wynosiła aż 6$! Tomek jeszcze kupił kartę z dostępem do Internetu: 1GB na dzień (koszt to około 50 zł na miesiąc)  i wyszliśmy z terminalu, by znaleźć kierowcę, który miał na zawieść do naszego hotelu. Człowiek czekał na nas i za około godzinę byliśmy już w kolorowej dzielnicy Pahangarj, na klimatycznym Main Bazar. W bocznej uliczce tuż za CITI Bankiem znajdował się nasz hotel znaleziony na booking.com – Smyle Inn (1370 INR za pokój 4 osobowy z łazienką, śniadaniem i taxi do hotelu z lotniska).






Zostawiliśmy bagaże i wyruszyliśmy coś zjeść. Jakieś 2 minuty drogi od hotelu, na pobliśkim rondzie zasiedliśmy na balkonie restauracji Exotic. Nasze żołądki napełnialiśmy kurczakiem tandoori (230 INR za pół kurczaka), smażonym makaronem z kurczakiem z warzywami i chilly 170 INR), plackami roti (10 INR) i lassi (90 INR).

Dobiegający z ulicy gwar i hałas klaksonów ciągle nam przypominał, że jesteśmy w Indiach!







Ja wróciłam z dziećmi do hotelu, a Tomek musiał przeprowadzić małą interwencję. Kupiona na lotnisku karta do Internetu miała być aktywowana za 5 godzin. Gdy ten czas nastał, okazało się, że karta nie jest nabita. Czyli w pierwszym dniu zaliczamy pierwsze oszustwo. Na instrukcji do karty znajdował się telefon do punktu jej zakupu. Przy pomocy i uprzejmości recepcjonisty z naszego hotelu Tomek zadzwonił do tego punktu. Zagrożenie kontaktem z Policją, jeśli w ciągu 30 minut nie doładują nam Internetu, błyskawicznie zaskutkowało. Internet mieliśmy za 5 minut, a dodatkowo jeszcze zadzwonili czy wszystko w porządku! Gość w recepcji z radością wyraził swój szacunek dla działania Tomka.

Pierwsze wrażenia? CUDOWNIE!


2 dzień: Delhi – Agra

O godz. 5 rano pociągnęliśmy nasze walizki po zaśmieconych i krzywych ulicach Delhi. Po niecałych 10 minutach byliśmy na dworcu kolejowym „New Delhi”. Dziś naszym celem jest Agra.  Mijając śpiących okutanych w co się da (chciałam zrobić zdjęcie, ale mi nie pozwolono) ustawiliśmy się w kolejce do skanera bagaży. Jakiś człowiek chciał zobaczyć nasze bilety. Kupiliśmy je wiele miesięcy temu przez Internet na stronie cleartrip po uprzednim niezwykle upierdliwym zalogowaniu się na stronie kolei indyjskich. W necie jest sporo instrukcji jak to zrobić. Ale wracając do naszych indyjskich doświadczeń, człowiek na dworcu poinformował nas,  że nasz wydruk musimy zamienić na bilety w okienku na 2 piętrze. Wcześniej wiele czytałam na temat niezwykłych praktyk miejscowych na dworach kolejowych, które później okazywały się zbędne. Czyżby się zaczęło? Na górę nie dotarliśmy, bo kolejny człowiek nam oznajmił, że nasz pociąg jest odwołany. Wtedy już wiedziałam, że to niemożliwe, bo wyświetlał się na tablicy. Trzeba było patrzeć po numerze pociągu, gdyż nazwy były w liternictwie hindi. Weszliśmy na peron. Tu dopadł nas kolejny facet, który oferował swoją pomoc we wniesieniu bagaży na dach. Tylko po co, jak bagaże jechały z nami w przedziale? Do pociągu wsiedliśmy spokojnie, bez pchania się i dantejskich scen, a konduktor bez mrugnięcia okiem uznał nasze bilety za właściwe. Ale gdyby nas te dziwne zabiegi nie spotkały, to byłabym rozczarowana! Indie bez takich numerów? To nie Indie!



Ale jednak jest jak trzeba, jak ma być.
W Agrze też mamy zamówiony hotel przez booking, gdyż chcemy przyspieszyć podróżowanie. Pokój dwuosobowy (jest problem ze znalezieniem w necie pokoi czteroosobowych, często oferują nam 2 dwójki, ale taka opcja nas nie interesuje) w hotelu Safari kosztuje nas 1080 INR za noc.
Dojechaliśmy do Agry w wielkiej mgle. Wzięliśmy taxi do naszego hotelu - 200 INR. Skubani miejscowi jak widzą duże lub dużo bagażu to od razu windują stawkę. My mamy 4 walizki i 4 małe plecaki czyli każdy dźwiga swoje, a dla nich to już dużo. W hotelu załatwiliśmy tuk tuka na 2 dni zwiedzania atrakcji Agry. Zaskoczeniem jest to, że ciężko się z nimi targuje. Niewiele cen udaje nam się zbić i wcale tak bardzo tanio nie jest. No cóż, efekt białej twarzy... Za transport między hotelem a Fortem Agra, Taj Mahalem i restauracją na lunch zapłaciliśmy 400 INR. Tomek chciał się zapytać tuk tukowców stojących na ulicy o ceny, ale ich natarczywość go odstraszyła. Jedno spojrzenie na nich powodowało lawinę przepychanek w naszą stronę.


Niesamowicie przewiewną pierdziawką w dość chłodny i mglisty dzień  pojechaliśmy najpierw do Fortu Agra, licząc, że po południu słońce oświetli białe marmury Taj Mahal. Bilet do Fortu kosztował 550 INR (dzieci do 15 roku życia wejścia gratis). Kompleks budynków był mocno zaniedbany (częściowo trwały leniwe prace konserwatorskie), ale warty obejrzenia. Na dzieciach największe wrażenie zrobiły grupy wesołych wiewiórek dających się karmić z ręki. Czas potrzebny na zwiedzenie tego miejsca to była zaledwie 1 godzina.










Potem pojechaliśmy na lunch. Zostaliśmy zawiezieni do wyglądającej strasznie drogo restauracji o wiele mówiącej nazwie Master Chef. Jak wyglądała, tak kosztowała, choć jedzenie było przepyszne. Wstyd pisać jak wiele zapłaciliśmy! Zjedliśmy tutejszy przysmak - kurczaka w sosie maślano - śmietanowym.


Słońce zaczęło się przebijać przez mgłę, co było znakiem, że czas jechać do Taj Mahal. Tuk tuk dowiózł nas do zapory na drodze jakiś 1 km przed kasami. Potem przejechaliśmy darmowym autobusem pod bramy zabytku. Nie ulegliśmy namowom innych tuk tukowców, by jechać z nimi. Małe autobusy krążą non stop, czasem trzeba chwilę zaczekać, ale nie ma problemu z darmowym transportem w obie strony. Tomek ustawił się w prawie pustej kasie dla turystów zagranicznych i kupił bilety w cenie 1000 INR za osobę. W tym czasie jeden z przewodników rozpoczął do mnie swoją klasyczną nawijkę o tym, że wynajmując go unikniemy stania w co najmniej godzinnej kolejce. Nie skusiliśmy się na ofertę, a i tak weszliśmy bez stania z Indusami w kolejce. Maksymalnie lewa rajka jest przeznaczona tylko dla turystów zagranicznych (w końcu 1000 INR czyni cuda). Tylko jest podział na płeć. My z Niną weszłyśmy szybciej od chłopaków. Przeskanowano nam plecaki i torebki. Okazało się, że Kacpra selfie stick, który jest także tripodem, był niedozwolony. Tomek musiał wrócić do depozytu i go oddać. Na szczęście nie stał już w kolejce. A potem została nam już przyjemność oglądania pomnika miłości Szachszadżana do swojej żony. Pamiętam jak 21 lat temu rozpoczynałam podróżowanie po świecie, to żałowałam, że Taj Mahal nie zobaczę, gdyż wtedy wyprawa do Indii nie była w kręgu moich zainteresowań. I świat, i człowiek się zmienia. A Taj Mahal? Trudno wyobrazić sobie wyjazd do Indii z ominięciem tego cudu świata. Ale nieprzebrana rzeka ludzi odziera to majestatycznie mauzoleum z jego tajemniczości. Niestety trzeba się liczyć z tym, że w spokoju nie da się podziwiać tej misternej budowli. Niewielkim pocieszeniem jest tylko to, że nie trzeba stać w kilometrowych kolejkach wraz z Indusami. Dla turystów są odrębne rajki.










4 dzień: Agra
Wczoraj byliśmy niesamowicie wykończeni długą podróżą. Stąd dziś wstaliśmy późno. Ale tym razem ta wyprawa jest tak skonstruowana przeze mnie, by mieć więcej czasu na odpoczynek. Dopiero po godz. 11 wyruszyliśmy z naszym kierowcą tuk tuka na całodzienne wyprawę po zabytkach, a później sklepach Agry. Tym razem po długich targowaniach zapłaciliśmy 530 ING, gdyż trasa była dłuższa. Zaczęliśmy od przepięknych XVII wiecznych ogrodów Mughal (wstęp 210 INR), tonących w smogo – mgle, obecnie usytuowanych nad ściekiem jakim jest rzeka Yamuna.












Potem zobaczyliśmy pozostałości mauzoleum w stylu perskim – Ćini ka Rauza.

                     
Kolejnym punktem były ogrody zwane atma doła (200 INR), stanowiące „platformę widokową” dla Taj Mahal po drugiej stronie rzeki – ścieku. Ciągle otaczała nas mgła smogowa.


Obiad zjedliśmy w tańszej (nie pobierali dodatkowego podatku) i także pysznej – „Park Restaurant” - niedaleko Sadar Bazar. A potem przeszliśmy się po okolicy patrząc głównie pod nogi, by nie wejść w krowiego placka lub koziego bobka. Następnie kierowca na naszą prośbę zabrał nas do sklepu z tradycyjną odzieżą indyjską. O, w tym kolorowym raju zrobiliśmy świetne zakupy, ale po długich negocjacjach cenowych.










5 dzień: Agra – Fatehpur Sikri – Jalpur

Umówiony na godz. 9 kierowca przyjechał spóźniony. Okazało się, że bagażnik ma zbyt mały, by pomieścić nasze cztery i w dodatku niezbyt duże walizki. Zawsze mnie to zadziwia podczas różnych podróży po świecie – miejscowi zazwyczaj podróżują z nieprzebraną ilością tobołów, a jak mają zabrać turystów, to proponują mało pojemne auta. Mocno musieliśmy kombinować, by się spakować. Koszt wynajęcia samochodu na trasie Agra – Fatehpur Sikri – Jalpur wyniósł nas 4000 INR. Dojechaliśmy do Fatehpur Sikri i na parkingu zostawiliśmy auto wraz z kierowcą. Dalej trzeba było jechać autobusem za 10 INR. Takie rozwiązanie podyktowane jest niby ochroną powietrza. Tylko, że jechaliśmy strasznym rzęchem, który raczej w Europie żadnych norm ekologicznych by nie spełnił. Oczywiście byliśmy namawiani na wzięcie tuk tuka, gdyż podobno mieliśmy długo czekać na zapełnienie się autobusu. Nie czekaliśmy wcale. Za pustymi autobusami schował się jeden prawie pełny, który my dobiliśmy i dojechaliśmy pod kasę biletową. Wstęp do XVI wiecznej dawnej stolicy państwa Mogołów wyniósł 500 INR od osoby. Oczywiście dopadli nas przewodnicy, ale nie udało im się na nas zarobić. O historii tego miejsca czytaliśmy, a indyjski angielski jest bardzo męczący i  najczęściej niezrozumiały. Pałac z czerwonego marmuru o pięknie zdobionych kolumnach i portykach zrobił na nas duże wrażenie.
























Po zwiedzeniu go udaliśmy się drogą w dół, by zobaczyć meczet Jama Masjid wybudowany przez cesarza Mogołów Akbara Wielkiego, zanim przeniósł stolicę z Agry do Fatehpur Sikri. Przyłączył się do nas jakiś miejscowy i włączył swoją nawijkę o tym miejscu. Wgramoliliśmy się po stromych schodach pod główną, niesamowicie wysoką bramę. Święte miejsce tonęło w śmieciach, a po oharkanych schodach przechodziły się kozy. Tam tak długo chowaliśmy kurtki do plecaków (zrobiło się ciepło, wreszcie), wyciągaliśmy skarpety do chodzenia po meczecie, że gość stracił nami zainteresowanie. Tylko, że za chwilę pojawił się następny. Ten oznajmił nam, że nie chce żadnych pieniędzy od nas, że jest pracownikiem tego meczetu. Przez cały czas zwiedzania nie udało nam się go zgubić. Chociaż w paru momentach okazał się przydatny, gdyż udało nam się z nim wejść do części dla modlących (zabroniona dla niemuzułmanów). Pokazał nam też parę fajnych trików zdjęciowych. Na koniec oczywiście popsuł wizerunek bezinteresownego Indusa – pracownika meczetu, gdyż chciał od nas kasę. A my postąpiliśmy zgodnie  z wcześniejszymi oświadczeniami, że nikogo nie potrzebujemy i płacić nie będziemy. W tym meczecie działalność naciągaczy, naganiaczy i wszelkiej maści sprzedawców, włącznie z dziećmi, była wyjątkowo natarczywa. Byli strasznie denerwujący zakłócając nam czas spędzony w rodzinnym gronie. A wychodząc z meczetu Nina znalazła 2 grosze. Nasi tu byli! Na parking wróciliśmy autobusem za 10 INR od osoby. Oczywiście dopadliśmy





















Ruszyliśmy w drogę do Jalpuru. o drodze nasz kierowcą chciał coś zjeść i zatrzymał się w restauracji dla turystów. Zostawił nas tam, a sam poszedł do jakiegoś budyneczku. W naszej restauracji ceny wywołały u nas śmiech: pn.: roti – 60 INR, herbata 70 INR, a zupy od 180 INR. Ceny były więcej niż 100% wyższe niż w innych nie za tanich przybytkach tego typu. Wyszliśmy. Obsługa podąża za nami i zaoferowała nam połowę ceny. Zgodziliśmy się, gdyż było to w miarę akceptowalne. Wybraliśmy najtańsze dania.
Do Jajpuru dotarliśmy już po zmroku. Tu mieliśmy zarezerwowany hotel Atithi Guest House, który okazał się jeszcze lepszy niż na zdjęciach. Nasz pokój dwuosobowy oczywiście z łazienką i ciepłą wodą (nie było czwórek) wychodzi na patio na dachu, gdzie jest dodatkowo restauracja. Za 3 noce płacimy 4300 INR.

6 dzień: Jajpur
Wstaliśmy późno i dość leniwie się zbieraliśmy. Śniadanie zjedliśmy w naszym bardzo przyjemnym hotelu Atithi Guest House. Grzaliśmy się w stęsknionym słońcu. Potem wyruszyliśmy na plac zwany G. P. O., by lokalnym autobusem nr 1 lub 5 (autobus  z klimą) pojechać do Fortu Amber. Cały czas ktoś nas zaczepiał, wmawiał nam, byśmy wzięli tuk tuka lub taxi, bo lokalnym państwowym transportem nie dojedziemy. Oczywiście dojechaliśmy. Co prawda nie autobusem nr 1 lub 5, ale lokalnym busem nr 9 B za 10 INR od osoby. Droga zajęła około 30 minut, a wysiadaliśmy prawie w biegu.
Widok twierdzy Amber nas zachwycił. Architektura stolicy klanu Kaććwahów w latach 1037 – 1727 założona przez słynnego indyjskiego miłośnika astrologii  Dżaj Singha do dziś wygląda imponująco.



































My kupiliśmy bilet łączący zwiedzanie kilku zabytków i ważny 2 dni za 1000 INR (dzieci gratis). Na tym bilecie mieliśmy wstępy do Amber, Nahargarh, Jantar Mantar, Hava Mahal, Albert Hall i jeszcze 2 ogrody. Do wielu z tych miejsc wejścia kosztują między 300 a 500 INR. Zatem sporo zaoszczędziliśmy na tym bilecie. Dzieci miały wejście gratis.






Potem na piechotę, co zajęło nam około 30 minut idąc dość uciążliwą i stromą drogą  w około 30 stopniowym upale, udaliśmy się do górującej nad Pałacem Amber Twierdzy Dżajgarth. Wycieczka nie była opłacalna. Twierdza nie była ciekawa, a jeszcze dodatkowo trzeba było za wejście płacić (dorośli 150 INR, dzieci 60 INR – pierwsza opłata za bilety dla dzieci). Kacper stwierdził, że nasza Twierdza Kłodzko jest dużo bardziej interesująca.
Stamtąd, by dostać się do kolejnej atrakcji – Twierdzy Hahargarh (Twierdza Tygrysa), musieliśmy wziąć tuk tuka, gdyż dzieliła nas odległość 5 km, a słońce chyliło się ku zachodowi. Negocjacje trochę trwały, gdyż kierowcy śpiewali nam ceny 500 INR. Tomkowi udało się znaleźć gościa, który za 500 INR zawiózł nas do tej twierdzy i później do przystanku autobusowego zabierającego spod Amber do Jajpuru. Nahargarh okazało się ładnym Pałacem, z którego rozpościerały się spektakularne widoki na Jajpur. Tu też zadomowiły się małpy. Gdy Nina jadła chipsy (Lays za 20 INR), to jedna z nich do niej podeszła. Broniąc swojej córki sama zostałam zaatakowana. Ale obyło się bez strat. Szybko pomógł mi miejscowy wybawiciel.















Do Jajpuru wróciliśmy miejscowym autobusem. Wraz z nami wracały tłumy Indusów i wydawało nam się, że nie zmieścimy się busa. Nie tylko weszliśmy, ale pan biletowy kazał zejść jednej kobiecie z ławeczki i posadził mnie tam wraz z Niną. Gdy nawigacja pokazała nam, że mimo wjazdu do Jajpuru, oddalamy się od naszego hotelu, wsiedliśmy. Tomek chciał zapłacić znowu 10 INR od osoby, ale w ogóle nie chcieli się zgodzić i musiał dać 15 INR. Postanowiliśmy się przejść jajpurskimi ulicami do hotelu. Słońce ustąpiło miejsce księżycowi, a my co rusz przechodziliśmy z ciemnej i brudnej dzielnicy biedy do oświetlonej i nieco czystszej dzielnicy luksusu. Chcąc sprawdzić ceny w miejscowych restauracjach, weszliśmy do jednej z nich o nazwie Surga Mahal. Okazała się smaczną cukiernią. Wyglądem i nazwą zachwyciło nas ciasto „death by chocolate”. Za cztery kawałki rozpływającego się w ustach czekoladowego tortu zapłaciliśmy 420 INR. Do hotelu dotarliśmy bez przeszkód.





7 dzień: Jajpur
Dziś pobudka już była wcześniejsza niż wczoraj. Po pysznym śniadaniu na hotelowym tarasie w towarzystwie promieni słonecznych (omlet, jajecznica, tosty z dżemem, musli z owocami, lassi, herbata Indian style: imbirowa z mlekiem i cukrem – 600 INR na 4 osoby) zorientowaliśmy się, że tu działa Uber. I zaczęliśmy korzystać z tej aplikacji. Dzięki temu znacznie taniej poruszaliśmy się po mieście, omijając oferty zdzierców tuk tukowców. Płaciliśmy od 70 do 180 INR za odległość 12 km.
Na początek pojechaliśmy obejrzeć ziemskie dzieło zapatrzonego w gwiazdy Dżaj Singha – obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar.















Cena wejścia do Pałacu Królewskiego (City Palace) nas odstraszyła – 2500 INR za osobę dorosłą, 1500 INR za dziecko! Kosztowałby nas to 440 zł! Odpuściliśmy.
Idąc do Pałacu Hava Mahal natknęliśmy się na sesję zdjęciową w starym stylu. Fotograf aparatem mającym 170 lat robił zdjęcia rodzinie z USA. Też się na to skusiliśmy. Kosztowało nas to 600 INR.













Hava Mahal z zewnątrz przypomniał Casa Batllo Gaudiego z Barcelony. Wnętrza są puste (jak wszystkich dotychczas zwiedzonych przez nas zabytków).   
















Potem pojechaliśmy obejrzeć Albert Hall. Ładny z zewnątrz budynek jest ciągle „atakowany” przez stada gołębi, które latając mi na głową, budziły we mnie strach przed oberwaniem zawartością ich jelit. Wnętrza przenoszą nas do poprzedniej epoki, gdyż eksponaty muzealne wyglądają jak pokryte są kurzem sprzed co najmniej 100 lat.













Zgłodnieliśmy i na obiad wróciliśmy do naszego hotelu. A potem wzięliśmy Ubera do Galty. Nina z Kacprem śledzili losy małpiego gangu z Galty w serialu dokumentalnym National Geografic. Oglądając powiedziały, że chcieliby tam pojechać. Mówisz i masz! Mnie dwa razy takich rzeczy nie trzeba powtarzać! Teoretycznie zwiedzanie tej świątyni jest darmowe, ale na wejściu trzeba zapłacić za robienie zdjeć: telefonem – 50 INR, aparatem – 150 INR. Zapłaciliśmy 50 INR za 1 telefon i szybko pogoniliśmy pseudo przewodnika. Nie był nam wcale potrzebny, gdyż małpy nie były agresywne. Interesowały się swoim towarzystwem. My też byliśmy bez jedzenia, więc nie „pachnęliśmy” zachęcająco. Nikt nie sprawdzał ile sprzętu foto używamy.























Powrót stamtąd mieliśmy nieco utrudniony. Okazało się, że nie możemy znaleźć Ubera. Poszliśmy więc wzdłuż drogi, by dojść do jakiejś większej. Po drodze zatrzymał się człowiek i zaoferował nam pomoc. Powiódł nas za darmo do większej drogi i złapał tuk tuka, który za 50 INR miał nas powieść do większego skrzyżowania, byśmy mogli złapać Ubera. Tuk tukowiec, owszem, powiódł nas do dużego skrzyżowania, ale zarządzał więcej kasy. Nic z tego. Zapłaciliśmy 50 INR. Przecież on nic na nas nie stracił, tylko zarobił uczciwie, tyle co na Indusach. Tu już udało nam się wrócić Uberem do hotelu.
8 dzień: Jajpur – New Delhi – Guwahati
Pobudka o godz. 2 w nocy do przyjemnych nie należała. Nie było ciepłej wody ( w każdym hotelu na dzień dobry podają godziny, kiedy jest dostępna). Tak wczesny rozruch podyktowany był koniecznością dopakowania śpiworami i materacami tak naszych walizek rejestrowanych, by ich waga nie przekroczyła 15 kg.  Uberem pojechaliśmy na lotnisko. Wszystkie formalności poszły sprawnie. Okazało się tylko, że na linii low cost IndiGo nasze bilety nie obejmują bagażu rejestrowane w ogóle. Musieliśmy dopłacić za każdą walizkę 200 INR, co było śmieszną kwotą 10 zł. Nie wiem dlaczego przy rezerwacji biletów przez Internet nie przekierować mnie do opłacenia bagażu. Wszystkie bilety na wewnętrzne przeloty kupowałam przez wyszukiwarkę Skyscanner.pl jakieś 5 miesięcy przed wylotem do Indii (mając już bilety docelowe).  Do Delhi wylecieliśmy punktualnie o godz. 6:00. Po odebraniu bagaży próbowaliśmy się dostać na „Domestic Transfer”, ale wszystko  było pozamykane. Żadnego punktu informacyjnego w  części odbioru bagażu nie było. Tomek dopytać się jakiegoś mundurowe jak mamy się dostać na kolejny lot. Okazało się, że musimy wyjść z terminalu, pobrać kwitki na przystanku i shuttle busem (darmowy)  dojechać na terminal 3. Tam skierowano nas do Visitors room, gdyż mieliśmy 8 godzin oczekiwania na następny lot. Błyskawicznie dopadliśmy leżanki i kilku godzinnym snem zregenerowaliśmy siły po wczesnej pobudce. Wbrew pozorom szybko minął nam czas do następnego lotu. Znowu formalności przebiegły sprawnie. Lecimy do Guwahati.
Podsumowując tydzień naszego podróżowania:
- minął bez biegunki i innych sensacji żołądkowych,
- spodziewaliśmy się większego syfu, brudu i biedy,
- jesteśmy „rozczarowani”, gdyż Indie nie walą wszędzie i mocno moczem i gównem – jak twierdzi nasz ulubiony Dawid Fazowski (świat na fazie na You Tube),
- bardzo nam się tu podoba! 

Po wylądowaniu chcieliśmy wziąć Ubera z lotniska. Taksówkarze śpiewali kwoty 2 razy wyższe. W końcu skończyło się wzięciem taxi za kwotę niższą niż Uber – za 400 INR (15 km). Hotel mieliśmy zarezerwowany przez booking.com i nazywał się „Prince B”. Gdy go rezerwowałam w Guwahati były bardzo wysokie ceny i ten był tani (44 zł za czwórkę z łazienką). Ale okazał się koszmarem! Powinni go zburzyć! Ściany brudne, pościel brudna, łazienka zapewniała, a kibel był chyba wrota do piekła. Gdy weszliśmy do pokoju, to nawet pachniało. Okazało się, że spryskiwacz zastosowany tuż przed naszym przybyciem błyskawicznie wyparował i zamiast zapachu fiołków, zaczął dominować smród stęchlizny. Pościel kazaliśmy sobie zmienić, ale i tak spaliśmy w śpiworami tak, by niczego się nie dotknąć. O ręczniki nawet nie pytałam. Woleliśmy użyć własnych. Ale pytając o papier toaletowy usłyszeliśmy, że jest – obok w sklepie! Zainteresował nas też pisk na korytarzu. Udzielono nam odpowiedzi, że to sygnał wi – fi. Prosząc o hasło usłyszeliśmy, że jest ono tylko dla menagera. Wykąpaliśmy się w ciepłej wodzie i czym prędzej wskoczyliśmy w śpiwory, by noc minęła w tych ohydnych warunkach jak najszybciej.



9 dzień: Guwahati – Bhalukpong
Sztywno, by niczego nie dotknąć i z radością opuściliśmy „Prince B”. By zatuszować obrzydliwości dnia wczorajszego na śniadanie udaliśmy się do jakiegoś drogiego hotelu. Za szwedzki stół dla całej rodziny zapłaciliśmy 700 INR. Tam też zagadaliśmy o wynajęcie samochodu na najbliższe 12 dni na podróżowanie do Arunachal Pradesh, Assamu i Nagalandu. Pierwsze negocjacje były niepomyślne, gdyż chciano od nas 950$ za auto i 250$ za pozwolenia wjazdu do Arunachal Pradesh (gdy ja czytałam, że kosztują 300 INR). Poza tym powiedziano nam, że czas załatwienia pozwoleń wynosi 5 dni i musimy zmienić naszą rezerwację hotelu w Tawang (a tego już za darmo nie mogliśmy zrobić). Poszliśmy szukać kolejnych agencji. Nie było to proste. Robiło się coraz bardziej gorąco, samochody smród zimy spalinami, agencji nie było widać, czas upływał, a my musieliśmy jeszcze tego dnia wyruszyć. Szukając toalety trafiliśmy do jakiegoś hotelu i tam się zapytaliśmy o samochód z kierowcą. Przysłano nam człowieka, który w miarę dobrze posługiwał się angielskim. Zaczęliśmy kolejne negocjacje, w których przedstawił nam ofertę 7000 INR za dzień! Zeszliśmy do 5000 INR za dzień, co również dało dla nas wysoką kwotę 950$za 12 dni jazdy z kierowcą, ale pozwolenie miało kosztować 300 INR odo osoby, a samochód miał być duży. W międzyczasie Tomek dostał telefon od innej agencji w sprawie auta, ale nie udało nam się uzyskać niższej kwoty. Wcześniej próbowaliśmy znaleźć auto przez Internet i dzwoniąc do polecanego przez znajomych kierowcy. Ceny były jeszcze wyższe – około 100 $ za dzień. Niby udało nam się na miejscu załatwić taniej (79$ za dzień), ale jednak spodziewaliśmy się dużo niższych cen. Ale cóż było robić?! Do 7 osobowej Toyoty Inova spakowaliśmy nasze bagaże (pojemny bagażnik) i pojechaliśmy do biura załatwić konieczne na Arunachal Pradesh permity. Musieliśmy przejść przez szczegółowe wypełnianie druków, kserowanie wiz i paszportów. Też usłyszeliśmy, że pozwolenia będą najwcześniej na drugi dzień. „Metodą na policjanta” czyli pokazując dokumenty świadczące gdzie pracujemy, obiecano nam uzyskanie permitów jeszcze tego dnia (za 2 godziny mieliśmy je przesłane mailem). Zaskoczyła nas tylko ich cena – 30$ (1800 INR) od osoby. Zażądaliśmy pokazania kwitu,  że one tyle kosztują. I rzeczywiście urzędnik pokazał nam takowy opieczętowany z każdej strony. Te 300 INR miały dotyczyć tylko miejscowych. Kolejny wyższy wydatek niż się spodziewaliśmy... To wszystko zajęło tyle czasu, że zaczynając negocjacje o godz. 9:00 wystartowaliśmy z kierowcą o imieniu Amir w stronę Himalajów dopiero po godz. 15. Po drodze zatrzymaliśmy się 2 razy: 1 raz na jedzenie – 330 INR, 2 raz na wydrukowanie permitu. Za Tezpurem, wg Amira, jechaliśmy przez niebezpieczne tereny, na których zdarzają się napady ratunkowe na podróżnych. Około godz. 21:00 Amir dowiózł nas na nocleg do hotelu „Seagull” w miejscowości Bhalukpong. Znowu zapłaciliśmy wg nas trochę dużo, bo 1680 INR za pokój z łazienką i ciepłą wodą. Ale było na prawdę czysto, a pokój był duży.

10 dzień: Bhalukpong – Tawang
Po śniadaniu (500 INR) wyruszyliśmy w długą i bardzo męczący drogę do Tawang. Jechaliśmy od godz. 8:00 do 19:30 po zwiniętej jak odpoczywający wąż drodze, która często nie miała asfaltu, tylko sam ledwo utwardzony grunt. Moje dzieci nie mają choroby lokomoyjnej, ale tu je dopadła. Tomek z głodu opróżniał paczki chipsów, a Nina puste opakowania zapełniała zawartością swojego żołądka! Ja większość trasy pokonałam z zamkniętymi oczami. W ten sposób uspokajałam błędnik, by nie pójść w ślady córki. Kacpi też znalazł sobie zwiniętą pozycję, by jakoś przetrwać tę drogę.
















Gdy wysiedliśmy w Tawang pod naszym hotelem „Bumla Inn” ogarnął nas straszliwy chłód. Amir powiedział nam, byśmy zarezerwowanego przez booking.com hotelu nie zmieniali, bo ten jest jedyny w tym miasteczku z ogrzewaniem. Piecem okazała się farelka! W pokoju było 11 stopni. Dano nam wiele kocy i kołder. Kąpiel pod gorącym prysznicem, ale w łazience, w której było 8 stopni, była intensywna acz krótka. Wskoczyliśmy w nasze śpiwory z komfortem do minus 7 stopni i cieple przespaliśmy do rana.





11 dzień: Tawang
Po co wlekliśmy się taki kawał drogi? Pierwszym celem miał być Torgya Festiwal – będący ruchomym świętem Klasztoru Tawang, którego daty zależą od kalendarza księżycowego. Przez wiele miesięcy próbowałam się dowiedzieć kiedy w 2018 roku wypada to święto (zawsze podczas naszej zimy). Nawet napisałam do klasztoru. Na jakiś miesiąc przed wyjazdem dostałam info, że będzie w dniach 10 – 12 stycznia – z dopiskiem „najprawdopodobniej”. Wzbudził on mój niepokój, ale była to jedyna informacja, której się mogłam uczepić. Wiedząc, że podczas festiwalu miasto jest pełne ludzi, czym prędzej sprawdziłam dostępność hoteli na booking.com. Fakt, że dostępne były tylko 2 pokoje w rzeczonym hotelu „Bumla Inn” potwierdzałoby daty festiwalu.
Drugim powodem było pragnienie zrobienia trekkingu w tej części Himalajów. Trasy wpisałam sobie z Internetu.
I tak na miejscu okazało się, że festiwalu nie ma. Będzie, ale w lutym. No dobra, został jeszcze trekking...
Słońce pięknie ogrzewało Tawang, które malowniczo przycupnęło na wielu wzgórzach na wysokości 3100 – 3500 m npm. W szybko ogrzewającym się powietrzu dotarliśmy do drugiego największego (po Pałacu Potala w Lassie) buddyjskiego klasztoru. W wąskich uliczkach otaczających główny budynek spokojnie spadły psy, a co pewien czas ciszę przegrywał modlitewny śpiew jakiegoś młodego mnicha, który ewidentnie dopiero uczył się świętych słów na pamięć. Na głównym placu przed wejściem do klasztoru suszyło się ziarno wyjadane przez niepilnowanego koguta. Spokój tylko na chwilę został przerwany przez mężczyznę, który odgonił ptaka darmozjada i przegrabił ziarno. Potem z powrotem zaległa cisza. Miało to jakiś duchowy wymiar... My udaliśmy się do wnętrza klasztoru uprzednio zdjąwszy buty. Przez nikogo nie niepokojeni i nie nagabywani spokojnie robiliśmy zdjęcia ogromnemu posągowi Buddy i darom mu składanym.

































Potem pojechaliśmy pod inny posąg Buddy – ogromny pomnik stojący  na wolnym powietrzu.





Następnie Amir zawiózł nas pod pomnik Pamięci Poległych w Wojnie z Chinami 1962 roku. Nie bardzo byliśmy tym zainteresowani, ale z braku lasku udaliśmy się tam. I jak to w życiu bywa, spędziliśmy zaskakująco miło ten czas. Żołnierz zupełnie poprawną angielszczyzną opowiedział nam o wojnie, jej bohaterach i swojej wierzę w jednego Boga, który dla ludzi różnych kultur ma inne imię, ale jest tym samym Bogiem dla także takich samych ludzi. Dowiedzieliśmy się też od niego,  że powinniśmy jutro pojechać nad jezioro Shungester i tam zrobić trekking (około 3 godziny w jedną stronę).




Posiliśmy się w restauracji „Woodland Restaurent” (tak, taki był błąd ortograficzny) i opowiedzieliśmy Amirowi o jutrzejszych planach. Okazało się, że nie uda nam się ich zrealizować! Wszędzie dookoła otaczały nas bazy wojskowe. Gdzie tylko pojechaliśmy, to żołnierze tłumaczyli nam, że dalej nie pojedziemy. Jesteśmy w Himalajach i nie możemy wyjść w góry? ! Kompletnie było to dla nas niezrozumiałe! Nawet pojechaliśmy na posterunek Policji, by wypytać czy możemy iść w góry. Potwierdzono wcześniej przekazane nam złe wieści przez wojskowych – nie możemy wyjść w góry i dotrzeć do tego jeziora. To już jest strefa przygraniczna, a granica z Chinami jest obecnie zamknięta. Wiem, że wcześniej takie trekking były możliwe. Podczas naszego pobytu tutaj już nie. Stąd też skróciliśmy czas pobytu w Tawang. W hotelu z kwoty 8400 INR (za 3 noce) oddano nam 2700 INR, prosząc jednocześnie o oddanie im 500 INR za anulowanie pobytu. Daliśmy 400 INR i też było dobrze.

12 dzień: Tawang – Bomdila
Rano okazało się, że Amir kupił małego szczeniaka i chce go zabrać w kartonowych pDo  udełku. Dwumiesięczny piesek został włożony do bagażnika. Do zjedzenia dostał jakieś herbatniki. Jako miłośnicy zwierząt nie mogliśmy na to pozwolić. Przed nami jeszcze 8 dni jazdy częściowo na pewno po takich wertepach, że my ledwo dajemy radę,bo ciągle się obijam, a co dopiero takie maleństwo. Na pewno załatwiłby się do tego kartonu i jechały umazany własnymi ekskrementami. A potem co? Kąpiel w zimnej górskiej rzece?! A gdzie możliwość wybiegania się?! Indusi nie dbają o zwierzęta. Wkroczyliśmy do akcji „pies”. Powiedziałam, że jestem uczulona na sierść zwierząt i nie mogę z nim jechać. I maleństwo nie pojechało z nami. Uff! Zgodnie stwierdziliśmy, że pewnie miał być przeznaczony na sprzedaż.
Tym razem przed drogą wzięliśmy leki na chorobę lokomocyjną. I nie wiem, co było gorsze: mdłości i sen czy te przepaści przydrożne, których nagle stałam się świadoma, gdyż czułam się dobrze. Kacper uczył się angielskich czasowników nieregularnych, Nina tabliczki mnożenia, a ja na zmianę modliłam się o bezpieczną drogę i podziwiałam czasem aż 6 wyłaniających się pasm górskich. Na trasie zatrzymaliśmy się przy wodospadach i klasztorze.





























Przed godz. 17:00 dotarliśmy do miejscowości Bomdila. Tu wzięliśmy pokój w „Gues House” (podejrzewam kolejny błąd ortograficzny Idusów) – 1750 INR. Obsługa nie była zbyt miła. Ceny nie dało się stargować, łaskawie dali nam jeden dodatkowy koc, choć prosilibyśmy o dwa. Stwierdzili też, że jeden ręcznik na całą rodzinę jest wystarczający! Żeby negocjować o ręczniki?! Udało nam się jeszcze wyrwać dwa. Zabrano nam też permit i Tomek musiał włożyć sporo zachodu, by nam go oddali. Jutro obejrzymy tutejszy klasztor i jedziemy w cieplejsze tereny – do Parku Narodowego Kaziranga.

 13 dzień: Bomdila - Kaziranga
 Rano obejrzeliśmy klasztor w Bombilli, wnętrze było zamknięte.








Ruszyliśmy w drogę do Kaziranga National Park.  Niestety była bardzo męcząca: spadające kamienie, leżące w przepaści wraki samochodów,  brak asfaltu,  jazda po utwardzonej ziemi, dziury i bardzo częste zakręty -  to była nasza rzeczywistość przez około 8 godzin.






13 dzień: Bomdila – Kaziranga
Przed wyjazdem poszliśmy obejrzeć miejscowy klasztor. W środku był zamknięty, ale na zewnątrz kręciło się mnóstwo dzieci ubranych w mnisie szaty, co dawało kolorowemu budynkowi uroku i wnosiło mnóstwo życia i śmiechu.





Już nam się wydawało, że ta koszmarna droga jest za nami. Nic bardziej błędnego. Jeszcze kilka godzin jechaliśmy po dziurach, w pyle i balansując na krawędzi przepaści. Ale późnym popołudniem dojechaliśmy do Kazirangi. Po drodze widzieliśmy jednego nosorożca pasącego się na łące. Wokół Parku jest bardzo dużo hoteli, tylko trzeba wjechać w boczne uliczki. My spaliśmy w „Kaziranga Resort”, choć nie miał nic wspólnego z resortem. Hotel był w trakcie budowy, ale część już wybudowana miała duże pokoje z łazienkami i ciepłą wodą. Co prawda wkrótce okazało się, że leci ona nie  z prysznica, a dolnych kraników. Stąd aby się umyć, musieliśmy mieszać wodę w wiaderku, a następnie polewać się mniejszym kubełkiem. W pokoju wieczorem było ciepło i to było na prawdę fajne. Bardzo doceniliśmy ten fakt po kilku dniach przebywania w zimniejszych obszarach. Za pokój płaciliśmy 1700 INR. Na miejscu jedliśmy kolację i śniadanie. A wieczorem siedzieliśmy z miejscowymi turystami przy ognisku, słuchaliśmy muzy boliwood z ich samochodu i piliśmy wino kupione jeszcze w Arunachal Pradesh. Trunek smakował jak kompot z suszu. Był kiepski i słaby.


No chianti but radianti! 




 Jutro wybieramy się obejrzeć ikonę tutejszego Parku Narodowego – nosorożca.

14 dzień: Kaziranga – wyspa Majuli
O godz. 7:00 miał podjechać zamówiony wcześniej jeep na safari po Kaziranga National Park. Przyjechał spóźniony o 35 minut. Miejscowi twierdzili, że Park otwierają od godz. 7:30, ale jest to nieprawda – od godz. 7:00.  Sam samochód kosztował 1800 INR (ceny mają stałe), do tego 650 INR za wejście do Parku od każdej osoby i opłata za 1 aparat. W sumie wyszło nas wszystko 4800 INR. Dużo, zwłaszcza w obliczu tego, że safari może trwać jednorazowo maksymalnie 2,5 godziny. Teoretycznie samochód wypożycza się na 1 dzień, ale za każdym razem trzeba płacić za wjazd do parku i pozwolenie na aparat. Temat codziennej jazdy po parku robi się nieopłacalny.
Ale wystarczy pojechać na te 2,5 godziny by zobaczyć „tutejszego króla”. Widzieliśmy sporo nosorożców pasących się na łąkach tonących we mgle. Ale też mieliśmy szczęście, gdyż jeden z nich był bardzo blisko nas. To była wielka przyjemność patrzeć na to spokojne, zagrożone wyginięciem przez głupotę Chińczyków zwierzę. Może dzielił nas z nim dystans 20 metrów. Widzieliśmy też tropy Tygrysa, sporo ptaków, ale niewiele słoni. Podobno jest tutaj około 2400 nosorożców i 1200 słoni.






















Można też pojechać na elephant safari, ale o naszym potępiającym podejściu do tego typu rozrywek pisałam w poście „Tajlandia”. Wystarczy wrzucić w Google temat uczenie słonia pracy z człowiekiem i otrzymuje się przerażające informacje na temat zabierania słoniątek od matek i łamania duszy tych pięknych i delikatnych kolosów. 
Potem pojechaliśmy na największą rzeczną wyspę na świecie – Majuli. Po drodze minęliśmy targ zwierząt.



 W Jorhat przeprawialiśmy się promem o godz. 15:30 (kierowcy znają rozkłady). Jak już płacimy za samochód, to postanowiliśmy przeprawialiśmy go z nami. Wkrótce okazało się, że był to bardzo dobry pomysł. W porcie na wyspie brakowało transportu do miasta i nawet do nas ludzie próbowali się dokoptować. Prom zabierał maksymalnie 6 aut, a my akurat byliśmy piątym w kolejce.



Koszt przewozu auta to było 706 INR (razem z kierowcą), a my płaciliśmy po 15 INR (dzieci gratis). Cennik był bardzo ciekawy – była nawet opłata za słonia!

Totalnym złomem, po godzinie dopłynęliśmy bez przygód do wyspy, która w porcie wyglądała jak piaszczysta pustyni.


W głębi wyspy natomiast niczym się nie różniła od rolniczego kontynentu.
Trochę nam zajęło czasu znalezienie noclegu. Pierwsze miejsce,  w które zawiózł nas Amir – Majuli Kalamabari Na Satra Guest House - był nieprzyjemnym, zagrzybionym lokum. Pojechaliśmy szukać innego. W końcu trafiliśmy do miejsca wyszukane go przeze mnie jeszcze wcześniej w przewodniku – do „La Maison de Ananda” (można też znaleźć na Facebooku). Za duży bambusowy domek z 3 łóżkami i łazienką zapłaciliśmy 1000 INR, a za kolację tak bogatą, że po raz pierwszy wszystkiego nie zjedliśmy i śniadanie - 1100 INR.



Obsługa była przemiła. Miejsce jest rodzinnym biznesem i to było czuć. Domowe jedzenie nas zachwyciło. Tak się fajnie złożyło, że trafiliśmy na food festival! A przy okazji wypytaliśmy o różne nurtujące nas kwestie, gdyż jeden z właścicieli mówił w miarę po angielsku. Okazało się, że indian tea jest robiona z odmiany herbaty o nazwie CTC, do której dodaje się słodkiego SKONDENSOWANEGO mleka w proporcji 2 łyżeczki mleka na filiżankę naparu. To skondensowane mleko okazało się dla nas odkryciem! Wypróbujemy we Wrocku. Kupiliśmy też wychwalane na Facebooku domowej roboty piwo ryżowe (100 INR za 1 litr). Ten ruch akurat okazał się porażką. Wyglądało jak rozwodnione  mleko, a  smakowało jak woda na drożdżach. Cienkusz straszny. Nie polecamy też cukierków (sprzedają tu na sztuki po 1 INR) o smaku awokado. Tomek, odporny na prawdę na wiele smaków, stwierdził, że smakowały jakby lizał kibel! Ohydztwo!




Została nam a zagrzana woda i okazało się, że wiaderko wrzątku starczyło na umycie się całej rodzinki. W cieplejszej porze pewnie wystarcza chłodny prysznic.


15 dzień: Majuli – Sibsagar
W nocy pod śpiworami i kocami nie było nam zimno. A rano wyruszyliśmy naszym autem na oglądanie wisznuickich satr. Jest ich ponoć tu 22 i znajdują się w sporych odległościach od siebie. Dlatego też za transport słono sobie policzyliby. Można te poruszać się na rowerze, ale nie mają tu takowych dla dzieci.
Odwiedziliśmy najstarszą satrę na wyspie z eksponatami mającymi ponad 500 lat (nie można ich fotografować).




Najciekawszą, pełną życia była Satra Auniati. Poczęstowano nas w niej jedzeniem. Bez problemu można było fotografować modlących się i wnętrza. Tylko buty zostawiało się jeszcze przed bramą do kompleksu. Byliśmy na to przygotowani i na skarpetki wkładaliśmy drugą parę – antypoślizgową (z samolotu).














Bardzo słaba była Satra Natun Kalamabari. Około 100 letni budynek chylił się ku upadkowi.








Ciekawą ze względu na obecność swego czasu tutaj Michaela Pallina (bardzo lubię jego książki, jeden z członków Latającego Cyrku Monthy Pythona) była Utter Kalamabari Satra. Spotykaliśmy tu wielu bardzo, a nawet wyjątkowo miłych ludzi. Dla nas obejrzenie tych 4 satr było wystarczające.








W połowie dnia musieliśmy już jechać na prom. I choć byliśmy na 40 minut przed odpłynięciem promu (godz. 13:30), to okazało się, że jesteśmy 7 samochodem w kolejce. Co za pech! Czekaliśmy na następny prom o godz. 15:00. Koszt podróży był taki sam jak w przypłynięcia tutaj. Potem ruszyliśmy do Sibsagaru.
Prawie 1,5 godziny zajęło nam szukanie hotelu w Sibsagarze. W przewodniku opisane były tylko 2 miejsca, z czego jeden chyba już nie istniał, bo go nie znaleźliśmy, a drugi kosztował ponad 4000 INR. Przekopaliśmy serwisy hotelowe i nic na nich nie znaleźliśmy. Jeździliśmy po mieście, w którym prawie wcale nie było bazy hotelowej i wszędzie się pytaliśmy o pokoje. Słyszeliśmy, że albo nie ma miejsc, albo ceny nas zwalały z nóg. Amir też był zaskoczony. Nie znał dobrze tego miasta, ale wg niego zagraniczni turyści nie mieli tu wstępu do tanich przybytków. Trochę trudno nam było w to uwierzyć. Indusi niewiele wiedzą w ogóle, a  w rzeczywistości nie orientują się wcale. Tomek zapytał pracownika banku ile wynosi prowizja wypłaty w bankomacie, to on odpowiedział, że nie wie i abyśmy sami sprawdzili. Niewiarygodne! Choć nie chciałam tego pisać, ale już nie mogę się powstrzymać. Tutaj ludzie w dupie byli i gówno widzieli! No, ale wracając do noclegu, to po tej rundzie wybraliśmy najtańszy z drogich hoteli – „Piccolo”. Tomek i tak wytargował niższą cenę – 3500 INR za dwójkę, ale z wliczonym śniadaniem dla całej czwórki. I na co nam przyszło w Indiach! Skandal, żeby płacić za pokój niecałe 200 zł?! Ale komfort za tę cenę mieliśmy.



16 dzień: Sibsagar – Mon
Śniadanie w stylu hinduskim nam nie pasowało – ryż z kokosem i ostrym sosem oraz roti. Poprosiliśmy o płatki kukurydziane z mlekiem dla dzieci, a dla nas o omlety. Wszystko dostaliśmy. Potem pojechaliśmy obejrzeć pałace Ahomów. Zaczęliśmy od Taltal Ghar. Wstęp dla nas kosztował aż 200 INR (dla Indusów 15 INR). Nie była to imponująca budowla. Stosunek ceny do jakości obiektu był bardzo słaby.
A ile śmierci dookoła!







Następny był Rang Ghar też za 200 INR I także jego widok nas nie powalił.




Gdy jadąc już w kierunku Mon zajechaliśmy pod Kareng Ghar i sprawdziwszy, że cena biletu wynosi 200 INR, odpuściliśmy sobie wchodzenie. Tomek zrobił zdjęcie przez ogrodzenie.


Moim zdaniem Sibsagar nie jest warty odwiedzenia. Biorąc jeszcze pod uwagę, że musieliśmy tu wydać sporo pieniędzy na nocleg, to kompletnie była to nieopłacalna część planu podróży. Pierwotnie nie mieliśmy tu spać, ale wyszło jak wyszło. Podróżowanie nie jest przewidywalne.

   Dziś naszym celem była miejscowość Mon położona w Nagalandzie. Ledwo przekroczyliśmy granicę Assamu, droga praktycznie przestała istnieć. Nie ma tu takich przepaści jak w Arunachal Pradesh, ale na dziurach w bitej nawierzchni rzucało nami na wszystkie strony. Krajobraz szybko się zmienił. Pożegnaliśmy rolniczą równinę i wyjechaliśmy w falującą zieloną przestrzeń. Mozolnie pięliśmy się w górę, a przed nami wyłaniały się kolejne pasma górskie porośnięte palmami, paprociami i bambusem. Murowane domki zostały zastąpione malowniczymi bambusowym chatami pokrytym liśćmi palmowymi. Wybiegały z nich drobne dzieci o fizjonomii nie przypominającej hinduskich  rysów i przyjaźnie do nas machały. Po drodze zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym służącym jednocześnie lokalnej społeczności jako miejsce spotkań i wymiany plotek. Niestety krajobraz coraz bardziej przybierał mglistą szatę.



Zmierzając do Mon spotkaliśmy tradycyjnie ubranego przedstawiciela plemienia Konjak. Szedł z dzidą! Oj, nie chciałabym się z nim spotkać w latach 60 ubiegłego wieku, kiedy to jego główna aktywność polegała na polowaniu na ludzi (choć głównie z pobliskich plemion). Nawet dziś wyglądał groźnie. Ale nie udało nam się mu zrobić zdjęcia. Zanim Amir zatrzymał samochód, gość ulotnił się tak nagle, jak się pokazał.
W Mon niby zorientowany nasz kierowca zaczął pytać się o drogę do hotelu.


Dojechaliśmy do  niego wg wskazówek. Przestronny i czysty pokój z 3 miejscami do spania i łazienką z ciepłą wodą kosztował bardzo dużo – 3000 INR. Po targowaniu zeszliśmy do 2300 INR. Właścicielka hotelu – przedsiębiorcza starsza pani – ugotowała nam też kolację za 800 INR: wieprzowina z cebulą i pomidorami, ryż, dhal, szpinak, kalafior z groszkiem. Jedzenia było bardzo dużo (choć mięso kościste) i nie było ostre. Dzięki temu Nina wreszcie się najadła. Z wielką przyjemnością zajadaliśmy górę warzyw. Wreszcie! Były one przygotowane na modłę europejską, a nie wersji chili i piklowane.




A wpisując się do książki meldunkowej znaleźliśmy tu zapisy naszych kolegów z Wrocławskich Spotkań Podróżników z grudnia 2016 r.!  I mam nadzieję, że uda nam się jutro dotrzeć do łowców głów, tak jak im się to udało.



17 dzień: Mon – Longwa – Mon
Krzepka pani na śniadanie przygotowała nam omlety z chlebem tostowym, masłem, miodem oraz herbatą po indyjsku. Za wszystko zapłaciliśmy 500 INR, ale powiedziała, że jest to specjalna cena dla nas jako rodziny z dziećmi, gdyż dla dorosłych turystów śniadanie kosztuje 180 INR od osoby. A potem ustawiła nam dzień. Powiedzieliśmy jej, że chcemy zobaczyć łowców głów, pokazując zdjęcie jednego z nich. Kazała nam najpierw jechać do wsi Longwa, potem przyjechać po nią i ona nas do nich zabierze, ale musimy za to zapłacić. Zgodziliśmy się. Chcieliśmy jeszcze pojechać do wsi Siangju, ale pani nam powiedziała,  że droga tam jest obecnie zniszczona. Amir poinformował nas, że zna wszystkie te miejsca. Ruszyliśmy w kolejną koszmarną drogę.



Gdy wreszcie dojechaliśmy do Longwy, Amir, zamiast wjechać w wieś, minął ją i pojechał dalej. Zapytany dlaczego tak robi, odpowiedział, że wiezie nas do domu króla. Droga zaczęła wyglądać coraz gorzej, aż wreszcie zupełnie przestała być. Przed nami ukazały błotniste półmetrowe koleiny, nieprzejezdne nawet dla jeepa.


Ruszyliśmy zatem pieszo. Przeszliśmy wiele zakrętów szukając w miarę suchego przejścia między błotem a kamieniami. A za żadnym z nich nie było widać domu króla.


 Zawróciliśmy do Amira, wściekli na niego, że nas wysłał w tę drogę, która najprawdopodobniej tak opóźni nasz przyjazd do Mon, że uniemożliwi zobaczenie łowców głów. Po drodze spotkaliśmy wojsko, a żołnierze powiedzieli nam, że ten dom znajduje się w centrum wsi, koło boiska.



















Po obejrzeniu siedziby szefa Ankh przeszliśmy się po wiosce leżącej dosłownie na granicy Indii z Mnianmą. Jest ona zamieszkania przez obywateli obu państw. A to co ją jeszcze charakteryzuje, to mnóstwo dzieci. Opiekowały się one i nosiły na plecach mniejsze maleństwa. Większość mieszkańców wioski zamieszkuje w tradycyjnych długich domach, zbudowanych z bambusa i liści palmowych, które wyglądały bardzo malowniczo na tle stromych, zielonych gór.
















Na początku pobyt w Longwie niczym nie różnił się od dotychczasowych naszych doświadczeń. Miejscowi robili sobie z  nami zdjęcia bez opamiętania. Ale zaczęliśmy spotykać się też agresją. Grupa dzieci zamachnęła się,  by we mnie rzucić kamieniami. Powstrzymały się w ostatniej chwili, bo nagle wyłoniła się Nina. Widok dziecka zbił ich zupełnie z pantałyku. Inna grupa dzieci  podążała za nami i dawała się spokojnie fotografować oraz filmować. Starsza zasuszona pani o charakterystycznych plemiennych rysach przyszła do nas. Za zrobienie jej zdjęć zażądała pieniędzy. Marudziła, gdy dostała 50 INR.









Gdy wyruszyliśmy stamtąd część dzieci nam machała, a część niebezpiecznie łapała się zderzaka auta. Amir musiał je pogonić.  Po drodze minęliśmy sporo pożarów, które służyły wyczyszczeniu lasu pod uprawy rolnicze.

I oczywiście, do Mon dojechaliśmy za późno by jechać do łowców głów. Co prawda było dopiero po godz. 15:00, ale nasza business woman powiedziała na, że tutejsi ludzie są niedobrzy i jutro rano mamy jechać do innej wioski – Hongczphui - by obejrzeć łowców głów. Wyrażała się o nich z niechęcią, co zaczęło mnie zastanawiać... Tymczasem kazała nam jechać na posterunek Policji, by dopełnić formalności meldunkowych (do tej pory nie mieliśmy takiego obowiązku). Musieliśmy się spieszyć, by zdążyć przed zmrokiem (około godz. 17:00) i obowiązkową przerwą w dostawie prądu od godz. 18:00 do 19:00. Zatem pojechaliśmy. Posterunek Policji był obskurnym budynkiem pełnym ludzi nie mających nic do roboty (zdjęć nie można było zrobić). Kilkuosobowa ekipa rżnęła zapamiętale w karcioszki! I jeszcze im za to płacą!!! Też bym tak chciała... Gość, określany przez innych szefem, chodził nietrzeźwy, a jego podwładny żujący paan (liście barwiące zęby na czerwono, podobne do betelu) wypełniał mnóstwo formalności bełkocząc do nas niezrozumiale. Dzieci, widząc tą „luźną” atmosferę pracy, w ogóle nie czuły powagi miejsca oraz sytuacji i wygłupiały się bez przerwy – czym przykuwały uwagę nabąbionego szefa.


Wreszcie przeżuwacz paanu zakończył swoje czynności i pojechaliśmy na poszukiwanie sklepu z browarem. Wszystko dookoła było zamknięte (było jeszcze przed godz. 17:00), a gdy Amir się zatrzymał, bo stwierdziliśmy, że pójdziemy sami poszukać, to ktoś strzelił z procy w nasz samochód. Kierowca kazał nam wsiadać  z powrotem i zabronił wędrówek po mieście, powtarzając słowa „old lady” – tu są źli ludzie. To chyba wczoraj mieliśmy szczęście, wędrując po okolicy już po zmroku, co zakończyło się bez uszczerbku! A piwo? Okazało się, że nasza pani ma wszystko! Kupiliśmy od niej kontrabandę z Asamu – piwo Kingfisher Strong o pojemności 650 ml za niebagatelne 200 INR. Ale jak przystało na kontrabandę – musiało być drogie. W Nagalandzie legalnie alkoholu się nie kupi. To skąd ten pijany szef tutejszej Policji? Zapytany o to Amir albo nas nie zrozumiał, albo nie chciał odpowiedzieć... A ten strong to był znowu cienkusz.


18 dzień: Mon – Kaziranga
Rano, pełni obaw czy misja znalezienia starych wojowników Konjak się powiedzie, wyruszyliśmy do miejscowości Hongphui. Nasza old lady wskazała nam, że tam ich znajdziemy.


Bardzo wąską drogą dojechaliśmy do wioski, a parkując zauważyliśmy jednego Konjaka obwieszonego naszyjnikami ze zwierzęcych zębów siedzącego przed chatą. Radość wymieszała się z niedowierzaniem i niepewności oczekiwania czy się zgodzi na nasze odwiedziny. Weszliśmy na posesję, na której wiekowy Pan siedział z wiekową Panią, również posiadającą egzotyczne ozdoby, a młody człowiek zajadał posiłek. Dopiero zapytany przez nas czy mówi po angielsku, odpowiedział, że tak. Niewiarygodne, gdybyśmy się nie zapytali, nawet by się nie odezwał. Dostaliśmy zgodę na robienie zdjęć. Daliśmy Panu 100 INR (wcześniej old lady podała nam ile mamy zapłacić) i mogliśmy rozpocząć sesję. Dowiedziałam się, że ma około 80 lat. Za chwilę przyszedł następny straszy Pan i zadowolony zasiadł na ławeczce przed domem sąsiada. Tomek wręczył mu 100 INR. A potem przyszedł kolejny i kolejny. Dziadki żwawo zmierzały do nas, bo wieść gminna niosła, że dawaliśmy kasę. Brakło nam stówek i musieliśmy pożyczyć od Amira. W sumie przyszło 7 wojowników. Każdy z nich chciał obejrzeć swoje zdjęcie, było przy tym kupę śmiechu. A co się działo za płotem?! Pół wioski się zbiegło i komentowało naszą sesję zdjęciową. Aby wyciągnąć jakieś informacje o nich, było trudno, bo młody chłopak nie bardzo był rozmowny i szybko się ulotnił. A dziadki z radością przychodziły do zdjęć przystrojeni w swoje fikuśne czapki i kolczyki z rogów lub blach. Ale za długo nie pozostawali z nami i dość szybko uciekali do swoich czynności. Tatuaże będące świadectwem triumfu nad życiem innych ludzi na pomarszczonych twarzach już mocno wyblakły. Ale i tak ich wygląd budził respekt. Ich także wytatuowane ciała były żylaste i pełne werwy. Podchodzili cicho i znienacka jak duchy. Nadal widać było znakomite wytrenowanie do walki! A to, że przetrwali do dziś, świadczy o tym, że za młodu musieli być niezłymi zakapiorami! To oni przecież nosili tatuaże i rogowe ozdoby na pamiątkę tych pogrzebanych. I dobrze się mieli. Ale jak długo jeszcze pozostaną na tym padole łez, któż to wie? Następców nie mają... My jeszcze zdążyliśmy ich zobaczyć. Trochę się czułam jak niedościgniony Tony Halik. Choć wszystko już zostało odkryte, także Ci wojownicy Konjak są opisani w przewodniku, to dotykałam odchodzącej już historii świata. Dla bogactwa tych doświadczeń i niesamowitych, niepowtarzalnych i jedynych w swoim rodzaju uczuć kocham podróżować. Wtedy na prawdę wszystko staje się możliwe. Nawet kontakt z ludożercami!
















Uskrzydleni, spełnieni i przeszczęśliwi ruszyliśmy w dalszą drogę. Jutro naszym celem jest Czerapundzi – najbardziej wilgotne  miejsce na Ziemi. Ale by tam dotrzeć, musimy się zatrzymać na nocleg w Kazirandze. Tak też zrobiliśmy. Wieczorem poszliśmy na miejscowe występy muzyczne – taneczne. Dla Indusów kosztowały one 200 INR, a dla nas po 500 INR. Takiej kwoty nie zamierzaliśmy płacić. Wytargowaliśmy po 250 INR. Oprócz nas na widowni były jeszcze 4 osoby. Potem doszły jeszcze cztery. Zbyt wielu podziwiających nie było, ale występy były ciekawe (pod warunkiem, że kosztowały maksymalnie 250 INR).



19 dzień: Kaziranga - Czerapundzi
Rano zatrzymaliśmy się w sklepie z herbatą, by kupić gatunek CTC nadający się do picia z mlekiem. 1 kg kosztował 360 INR.


  A potem ruszyliśmy w drogę do Czerapundzi (Cherrapunji), 332 km. Amir drogę znał dobrze. Ale generalnie stwierdzam, że ma problem z określeniem czasu dojazdu. Pytaliśmy się ile zajmie nam czasu dzisiejszą trasa, a on odpowiedział, że 3 godziny. Jechaliśmy od godziny 10:00, a zajechaliśmy na 19:30. Po drodze zaczął nam marudzić, że jadąc z nami, to on nic nie zarabia, bo jak jechał z Amerykanami, to mu płacili 6000 INR dziennie, a nie jak my 5000 INR. Nie znam nikogo, a zwłaszcza w interesownych Indiach,  kto pracowały dla „białych” za darmo?! Zaczęła się denerwująca gadka pod napiwek. Wkurzająca zwłaszcza, że my sporo i uczciwie płacimy za to auto. Tomek wyliczył, odejmując cenę wykorzystanego paliwa – około 500 zł - że na czysto zarabiają 2500 zł za 12 dni. Czy to jest mało? I też pamiętajmy, że jesteśmy w Indiach. W większości miejsc kierowca śpi i je za darmo. Tutaj, w Czerapundzi, to my znaleźliśmy miejscówkę do spania. Amir niby nam powiedział, że jest wiele hoteli, ale zawoził nas do takich powyżej 3000 INR. My na booking.com znaleźliśmy „Cherrapunjee Sunrise Guest House” za 1750 INR że śniadaniem (tutaj pani świetnie mówi po angielsku!). A on, gdyż miał problemy z dojazdem, bo nie mógł znaleźć tego miejsca, to nie chciał tu przyjechać. A dzięki nam dostał nocleg i jedzenie za darmo – niby za to, że nas tu przywiózł. Tylko, że to my uparliśmy się na to miejsce.                                                                               

     
20 dzień: Czerapundzi
Śniadanie w naszym Guest House było znakomite i bardzo obfite jak na tutejsze standardy: kanapki z warzywami i majonezem, jajko na twardo i duży kubek herbaty. Kompletnie niestandardowo i cudownie smacznie!


Potem wyruszyliśmy na trekking do tzw. „Double Dekker” czyli podwójnego mostu z korzeni drzew. Nie chcieliśmy brać przewodnika, ale przekonał nas do niego to, że po kilku krokach droga rozwidlała się na 3 ścieżki. Cena była oficjalna, opisana na tablicy – 600 INR (do położonego dużo dalej wodospadu – 1000 INR).






Ket o proekologiczne kazał się bardzo uczynnym i proekologiczne nastawionym młodym człowiekiem. Po drodze zbierał śmieci i wyrzucał je do betonowych śmietników. Nie pozwalał też nietrzeźwej indyjskiej młodzieży niszczyć roślinności. Reagował bardzo stanowczo na ich pijackie wybryki. Droga do podwójnego mostu wiodła przez 3600 schodów i wiła się między małymi wnioskami położonym w dżungli.










Ket szybko „przejął” Ninę i nadał szybkie tempo jej wędrówce. Jeszcze przed największymi tłumami Indusów dotarliśmy do podwójnego mostu. Pokonaliśmy po drodze, to co nienawidzę najbardziej i co jest dla mnie mega wyzwaniem – wiszące mosty. Mój lęk wysokości bardzo mi na nich dokucza, ale jak chcę dotrzeć w fajne miejsca, to niestety muszę stoczyć wewnętrzną walkę z paraliżującym strachem. Tomek bardzo mi w tym pomaga, gdyż dosłownie przeprowadza mnie na drugą stronę.










Ruszyliśmy jeszcze dalej (co było w cenie) – do rzeki i wodospadu. A tam nadszedł przyjemny, bardzo wakacyjny czas relaksu w słońcu i w pięknych okolicznościach przyrody.





Powrót na górę co prawda był koszmarny. Nie dość, że znowu trzeba było przejść przez straszące wiszące mosty, to jeszcze strome schody zabierały nam resztki sił i dyszeliśmy jak stare parowozy. Ale warto było przejść te 10 km przez zielone malownicze krajobrazy pełne niezwykłych mostów utworzonych przez korzenie drzew. Trochę jak z „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”. Wyruszyliśmy o godz. 10:00, a wróciliśmy na parking o godz. 15:30. Totalnie spoceni, z upału weszliśmy w chłód zachodzącego słońca.

Wieczorem, po obiadokolacji, przyjechał właściciel naszego lokum. Równie miły jak jego siostra, która prowadzi ten Guest House, pomógł nam ułożyć plan na jutro. Amir napił się jakiegoś bimbru I zaczął protestować, że tego planu nie da się zrealizować. Przy pomocy nowego sprzymierzeńca przekonaliśmy go jednak, że musimy go wykonać. Zobaczymy jak będzie jutro..



21 dzień: Czerapundzi – Guwahati
Wyruszyliśmy rano zobaczy zaplanowane atrakcje. Na pierwszy ogień poszedł wodospad Noh Kalikali. Wstęp kosztował 50 INR. Widok z góry na słaby o tej porze roku strumień wody i tak był niesamowity. Ruszyliśmy po schodach w dół do wodospadu. Nasze nogi nie chciały nas wcale nieść. Zakwasy po wczorajszym pokonaniu 10 km po schodach odezwały się boleśnie. Jęczelismy, ale szliśmy. Po pokonaniu kilku kondygnacji schody się urwał i zaczęło się strome urwisko. Nie zdecydowaliśmy się iść dalej. Miejscowi szli, ale ból nóg nas pokonał. Jakoś wspinaczka z dziećmi po tym urwisku nie była nam dziś w smak.

Dalej pojechaliśmy do jaskini Arwah. Wstęp dla dorosłych kosztowa 20 INR, dla dzieci 10 INR I za aparat 20 INR (szczerze: wkurzające jest to ciągle płacenie za aparat!). Jaskinia także była ciekawa, a wejście do niej obfitowało w spektakularne widoki. Choć nie umywa się do chociażby Jaskini Niedźwiedziej koło Strona Śląskiego.















Po drodze do Guwahati zobaczyliśmy jeszcze jedne, dla nas mało spektakularne wodospady o nazwie Elephant. Może w czasach nadania nazwy wodospadom przez Brytyjczyków, wyglądały one lepiej. Obok nich znajdowała się skała przypominająca wyglądem słonia. Runęła w XIX wieku podczas trzęsienia ziemi.


Na parkingu koło wodospadów spotkała nas też wątpliwa atrakcja - złapaliśmy gumę. Ale wymiana koła poszła sprawnie i pojechaliśmy do Guwahati. Tam mieliśmy zarezerwowany pokój w homestayu Ri – Sun za 1000 INR. Pożegnaliśmy Amira (obyło się bez żadnych problemów i proszenia o napiwki). Nowe miejsce noclegowe było bardzo nowoczesne, czyste, a właściciele byli przemili.


Od razu stworzyli domową atmosferę i zaprosili nas na rum. Tomek skorzystał z ochotą, ja jako, że rumu nie lubię – podziękowałam. Ale dotrzymałam towarzystwa Kingfisherem.
Jutro o godz. 15:30 mamy wylot do Delhi, a rano chcemy zobaczyć świątynię bogini Kali – Kamaghia, która jest po drodze na lotnisko przez zakodowane miasto. By że wszystkim zdążyć rozwiązali my temat tak, że właściciel zawiezie nas do świątyni swoim małym autem, a tymczasem jego brat zabierze nasze wszystkie bagaże na lotnisko. Gdy przeliczyliśmy wszystkie kursy Uberem: do świątyni,  z powrotem po bagaże i na lotnisko, to cena 1500 INR za usługę z naszego homestaya była akceptowalna. I gwarantowana nam to, że zdążymy.
22 dzień: Guwahati – Delhi
Jak wczoraj postanowiliśmy co do transportu, tak zrobiliśmy. Świątynia Kamaghia okazała się pełnym życia, kipiącym ferią barw miejscem. Mogliśmy wejść do części modlitewne, ale nie mogliśmy tam robić zdjęć. Tłumy ludzi czekały w kolejkach, by złożyć dary – nie tylko w postaci kwiatów, ale także zwierząt, które w oszołomieniu pałętały się po terenie świątyni. Miejsce było niesamowicie zatłoczone, ale kompletnie nam to nie przeszkadzało. Tylu kolorowo ubranych osób w jednym miejscu to jeszcze w Indiach nie widzieliśmy. Takiego widoku nam brakowało, takiego po Indiach się spodziewaliśmy. Dostaliśmy, co chcieliśmy!  Wnętrze swą skromnością nie zasługiwało na zdjęcia, a to co się działo na zewnątrz tego około 1000 letniego miejsca kultu absolutnie tak!
















Na lotnisko dojechaliśmy w miarę sprawnie, ale bardzo długo czekaliśmy na podwózkę bagaży. Już nasz właściciel zaczął się denerwować i wydzwaniać do brata. W końcu chodziło o jego reputację. Swój interes z homestayem zaczął 2 miesiące temu i zależało mu na dobrych opiniach. Walizki dojechały na 2 godziny przed planowanym odlotem. Planowany odlot jest tu wyrażeniem kluczowym. Jak weszliśmy na lotnisko, to okazało się, że wylot do Delhi jest opóźniony o 1 godzinę. W trakcie opóźnienie zwiększyło się do 5 godzin. Gdy wylądowaliśmy, wzięliśmy Ubera do hotelu, a cena wyświetliła się jako 370 INR. Nasz kierowca na dzień dobry miał problem dotarciem do nas. Tomek do niego dzwonił. Potem chciał nas wysadzić 1 km przed hotelem. Jak ruszył, to ciągle krążył i jechał coraz dłuższą drogą. Gdy już dojechaliśmy cena wzrosła do 540 INR. Długo się z nim kłóciliśmy, personel hotelu nas wspierał. W końcu zapłaciliśmy 400 INR i złożyliśmy skargę do Ubera. Hotel zarezerwowany z booking.com o nazwie „Airport Hotel Aerotech” za 1050 INR okazał się zupełnie inny niż na zdjęciach – czytaj dużo gorszy! Pościel była poplamiona, z umywalki ciekła woda i zalewała całą podłogę w łazience. Ja od kilku godzin czułam się coraz gorzej. Zatrułam się, choć trudno powiedzieć czym, mdliło mnie, straciłam siły i miałam wysoką gorączkę – 39,2 stopnie. W tych okolicznościach nasz pokój wydawał mi się strasznie ponurą norą. Ale mój mąż też stwierdził, że miejsce mocno odbiega od opisu na bookingu. Przy moich dreszczach zwłaszcza ta niedoprana pościel była przerażająca. Przepakowaliśmy się z czterech walizek do dwóch, zabierając tylko letnie ciuchy do Varkali i poszliśmy spać na 3 godziny. Jutro rano czeka nas wylot do Thiruvananthapuram (zwane też Trivandrum).

23 dzień: Delhi – Thiruvananthapuram – Varkala
W hotelu wszystko było nie tak. Według oferty bookinga mieliśmy mieć także darmowy transport z i na lotnisko. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Ale za taxi z hotelu na lotnisko zapłaciliśmy 200 INR. Wylot na szczęście odbył się punktualnie. Ja przez krótką noc nie zregenerowałam sił i nie udało mi się zbić gorączki. Po wylądowaniu wzięliśmy Ubera do Varkali (około 36 km). Znowu musieliśmy czekać dłużej niż pokazywała aplikacja. Nastąpiła zmiana auta i reszta już poszła gładko. Zapłaciliśmy 1300 INR za transport. Tu na południu jest zdecydowanie czyściej, zabudowa jest mniej chaotyczna, bardziej nowoczesna, a drogi gładsze, bez dziur. W naszym zarezerwowanym hotelu „Raj Palace” okazało się, że nie ma dla nas pokoju, bo poprzedni lokatorzy muszą przedłużyć pobyt z powodu problemów żołądkowych. No i co jeszcze? Ja sama czułam się coraz gorzej. Dostaliśmy pokój o takim samym standardzie obok – w „Cliff House” – przenosiny zorganizowali właściciele.
Wszyscy poszliśmy na plażę, ale ja tego dnia niewiele pamiętam. Bez sił leżałam na kocu. Po południu w pokoju, w którym było 30 stopniowym , weszpozbyć się śpiwora z komfortem spania do „-7 stopni” i trzęsłam się z zimna. Nie mogłam zbić gorączki ponad 39 stopni. Zastosowałam na zmianę co 4 godziny ibufen i paracetamol. Co jakiś czas wybudzałam się z amoku z coraz większym bólem brzucha. Popijałam coca – colę. I wreszcie, po 3 dniach mdłości mnie ruszyło: z dwóch stron. Potem zaczęłam brać xifaxan i wreszcie powoli udało mi się zbić gorączkę oraz pozbyć się nieprzyjemnych dolegliwości żołądkowych.









3 dni w Varkali
Mieszkaliśmy 20 metrów od plaży, na klifie. I zrobiliśmy sobie wakacje od podróżowania. Nasze aktywności ograniczyliśmy tylko do plażingu. Ja, która nie jestem fanką plaż, wyjątkowo potrzebowałam zregenerować siły po chorobie. 4 dni bez jedzenia, oj, dało mi w kość! „ Dieta cud”.
W Oceanie woda była bardzo ciepła, ale prąd był tak silny, że kotłował człowiekiem jak w wirówce. Widzieliśmy jak niesiono już utopioną białą kobietę! Mnie fala przewróciła, gdy stałam po kostki w wodzie. Dlatego też nie pływaliśmy. W wodzie też było sporo jakiś szmat, gałęzi, starych puszek, a nawet walizka. Zaplątać się w to wcale nie było trudno. Ale wielu amatorów kąpieli było.
Zresztą plaża w Varkali pełna była turystów i to głównie starszych osób, oczywiście głównie z Rosji, ale też Amerykanów, Włochów i Skandynawów. Młode pokolenie reprezentowali głównie ci, którzy nigdy bym nie chciała, by stały się moje dzieci – nie wiedzieli co ze sobą w życiu zrobić i przyjechali ćwiczyć jogę. Specjalnie o tym piszę, gdyż jak po wielu latach o tym przeczytam, to nam nadzieję, że się ucieszęi, że moich dzieci taka postawa nie dotyczy. Dwadzieścia parę lat na karku i na utrzymaniu rodziców trwoni czas na odwlekanie decyzji, co ze sobą w życiu zrobić. W tak chilloutowym miejscu jak Varkala nie da się podjąć decyzji jak pokierować swoim życiem. Tu znajdziesz tylko podpowiedzi jak leniuchować! Co innego ci emeryci – ciepło, tanie i dobrej jakości noclegi  oraz jedzenie europejskie! Dla mnie właśnie ta tutejsza kuchnia dała mi drugie życie. Nie dałabym rady zjeść  już dania indyjskiego. Nastąpił przesyt. Od pewnego momentu obydwoje z Tomkiem zauważyliśmy, że zamawiamy różne dania, a każde z nich smakuje tak samo jak poprzednie, tylko jest bardziej ostre.  A nam, zamiast się przyzwyczajać, zaczyna to coraz bardziej przeszkadzać. Co więcej – czy danie było vege, czy z mięsem i tak smakowało tak samo i do tego „paliło dwa razy”.







A tutaj smaczną, bardzo zróżnicowaną i bezpieczną kuchnię serwowała restauracja „Abba”. Obsługa była przemiła, nienarzucająca się i nie oszukiwano przy rachunkach. Poza tym była tu fajna atmosfera. Jak zaraz dostrzegliśmy, mnóstwo ludzi było tu stałymi klientami, a my też zaraz do nich dołączyliśmy, spędzając leniwie czas na przyjemnej konsumpcji. Wieczorami najlepsze stoliki przy morzu trzeba było rezerwować. Mieli przepyszne, świeże ryby i owoce morza. A ja nawet się skusiłam na drinka z lodem, gdyż mi wytłumaczono, że robią go z wody mineralnej w specjalnym własnym urządzeniu. Rzeczywiście, później żadnych sensacji żołądkowych nie miałam.





Nasz pobyt w Varkali zakończyliśmy w piątek, kiedy to zjechało się do niej mnóstwo Indusów na weekend. Dobrze zaplanowałam ten czas.

Taxi, gdyż Uber nie był dostępny, za 1500 INR pojechaliśmy do Trivandrum i w  hotelu „Safire Residency” (czysta i duża trójka) przenocowaliśmy przed wylotem do Delhi.



Koniec
Rano Uber z hotelu na lotnisko kosztował nas 210 INR. Wylot był o czasie z międzylądowaniem w Kochi, w którym do Tomka dosiadł się koszmarny pasażer. Śmierdział, a jak spał, to charczał. Tomek ciągle go szturchał, by dał nam pospać. Na lotnisku w Delhi znowu wzięliśmy Ubera do hotelu Aerotech po nasze bagaże (hotel ten za darmo odrezerwowałam). Tym razem kierowca okazał się sprawniejszy. Zabraliśmy bagaże i pojechaliśmy około 1 km do nowego hotelu - „Capital Airport”. Cały dwuetapowy transport wyniósł nas 500 INR, a czysty pokój (dwójka) kosztował 1572 INR. Z uwagi na to, że ja ciągle mam jeszcze uczulenie na hinduskie jedzenie, to pojechaliśmy do Pizza Hut. Pizze smakowały jak u nas, ale dodatki były znacznie skromniejsze (średnia pizza od 500 INR). Zrobiło się już za późno, by pojechać do Czerwonego Fortu. Ale okazało się, że w bliskiej okolicy mamy niezwykłą atrakcję – Międzynarodowe Muzeum Toalet! Zwiedzanie było darmowe, a kolekcja – o dziwo – niezwykle ciekawa. Nigdy do tej pory nie widziałam tak zachwyconych moich dzieci oglądających muzealne eksponaty!
A potem pozostał nam tylko powrót do hotelu i pakowanie się. Jutro rano wylatujemy do Warszawy.
































Wróciliśmy do zimowej rzeczywistości.