MEKSYK 2015




Meksyk 2015

Ta wyprawa do Meksyku jest szczególna pod wieloma względami. Po pierwsze zorganizowana została dla uczczenia pewnej rocznicy pracy. Po drugie mamy rzadką okazję polecieć bez dzieci. Ale najważniejsze – zatęskniłam już za „domem”. 5 lat, kiedy ostatni raz tam byłam, to kawał czasu… Lecę pełna obaw czy nadal będę nazywać Meksyk swoim drugim domem? Czy ta wielka miłość do tego kraju przetrwała próbę czasu? Czy będę zachwycona, czy rozczarowana? Jak  wypadnie zderzenie błogich wspomnień z twardą rzeczywistością? Wkrótce będę się mogła o tym przekonać. Już nie mogę się doczekać!

Jadą z nami Ewa ze Sławkiem.

Przez Niemcy przebiliśmy się jak w oka mgnieniu. Ten krótki pobyt będziemy wspominać jako czas spędzony na dobrym jedzeniu z dobry piwem (o dziwo, bo ja nie jestem fanką niemieckiego piwa! Do tej pory uznawałam go za cienkusz.), w  atmosferze bożonarodzeniowych jarmarków. Ponadto próbowaliśmy doskonałego grzańca z nutą pomarańczy, goździków i cynamonu.

Spaliśmy w hotelu Holiday Inn, który ma darmowy transport z lotniska i na lotnisko. A lotnisko w Paryżu pokonaliśmy błyskawicznie nie odczuwając żadnych wzmożonych środków bezpieczeństwa z powodu ostatnich ataków terrorystycznych. Co więcej, nawet widzieliśmy jak jakiś turysta lamentował, bo mu bagaż podręczny ktoś zwinął. Bezpieczeństwo? Lipa! Człowieku pilnuj się sam! Jak widać nieustannie okazja czyni złodzieja.


Mexico City

Wreszcie Meksyk. Co prawda zdziwiło nas, że około godz. 23:00 centrum było jakieś wymarłe, podczas gdy na Jukatanie ta godzina stanowiła środek fiesty, ale szczęśliwi, że już koszmar latania dobiegł końca, szybko dopadliśmy nasz hostel „Mundo Joven Catedral”.



 Lokalizacja okazała się być doskonała – mieszkamy w samym sercu Mexico City czyli na Zokalo! Rano serwują nam obfite śniadania (w cenie pokoju), a wieczorem możemy posiedzieć przy ciepłej kolacji z 15% upustem (restauracja jest ogólnie dostępna) lub przy naszym ulubionym piwie „Korona”. Tak wiem, jest takie w Polsce, ale zapewniam, jego smak nie ma ono nic wspólnego z meksykańskim! A wracając do życia nocnego, to nasze zdziwienie się pogłębiło, gdy podczas kolejnych dni pobytu w stolicy Meksyku, potwierdziło się spostrzeżenie z pierwszej nocy – w jakąś godzinę po zapadnięciu zmroku czyli około godz. 19:00 centro historio pustoszeje. Tu nie jest, jak na znanym nam  już południu Meksyku gdzie wieczorem wszyscy spotykają się na Zocalo. Gdzie wieczorem spotykają się mieszkańcy stolicy – nie wiemy. I raczej tego nie poznamy, gdyż to największe miasto na świecie do bezpiecznych nie należy i dlatego po nocy nie będziemy chodzić w poszukiwaniu fiest. I taka zagadka: czy ogromna, a nawet przeogromna ilość Policji na ulicach w centrum (po 4 – 6 policjantów na każdym skrzyżowaniu, a wzdłuż ulicy po kolejnych kilku wyposażonych w tarcze, z długą bronią) świadczy o:

 a) bezpieczeństwie,

b) niebezpieczeństwie,

c) przeetatyzowaniu Policji meksykańskiej?

E tam, wszystko jedno co to oznacza. My czujemy się tu bezpiecznie.

Z rzeczy ważnych: opanowaliśmy metro w pełni. Poruszamy się nim non stop, ale żeby to zrobić, to błyskawicznie musieliśmy przyswoić sobie niepisane zasady tego kolosa transportowego. Najważniejsza jest szybkość: szybkość wsiadania i wysiadania. Gdy pierwszym razem wsiedliśmy za wolno, to ja i Sławek zostaliśmy zgnieceni drzwiami. Tu motorniczy nie patrzy czy wszyscy wsiedli, bo taka sytuacja prawie nigdy się nie zdarza. W przypadku przemieszczania się mieszkańców ponad 20 milionowej metropolii tłumy w metrze są stale, a wagonach jest taki ścisk, że nie ma czym oddychać. Jak szybko wsiądziesz – nie patrząc czy inni już wyszli, to jedziesz. Jak szybko wysiądziesz, przebijając się przez tłum wchodzących i wychodzących, to wyjdziesz tu gdzie chcesz. Decyduje siła i umiejętność pchania się. Ktoś powie, ale po co tak się cisnąć? Dlatego, że taki przemieszczanie się to tanioszka, gdyż całodzienne wielokilometrowe wyprawy po mieście kosztują nas 2,5 zł - 5 zł od osoby (1 bilet to 5 peso – jak wejdziesz do metra, to jeździsz na tym 1 bilecie, dopóki nie wyjdziesz na świat. 4 peso = 1 zł). O szybkości metra w porównaniu do transportu naziemnego to już głupio wspominać.

A co już widzieliśmy?

Zaczęliśmy oczywiście od Katedry stojącej na Zocalo. (Sam środek placu jest teraz niedostępny, ogrodzony i wyłożony rusztowaniami, gdyż meksykanie szykują się na Boże Narodzenie). Katedra jest ogromna, z barokowymi ołtarzami pokrytymi złotem.







Zaniemówiliśmy, gdy weszliśmy do Hotelu Gran i zadarliśmy głowę do góry. Co za fantastyczny sufit jest w tym hotelu! 




Następnie udaliśmy się do Palacio National - słynnego z murali Diego Rivery(niedziela wejście gratis). Oczywiście największe wrażenie wywarły na nas te fragmenty murali wyrażające jego komunistyczne, utopijne poglądy. 






Kontynuując wątek muralistyczny udaliśmy się do Bellas Artes (niedziela wejście gratis, możliwość fotografowania niestety 30 peso).








Obejrzeliśmy też obowiązkowe Templo Mayor (dla turystów zawsze płatne, 64 peso), które niestety jako labirynt niezbyt wysokich murków jest mało atrakcyjne. Ale tutaj musieliśmy uruchomić wyobraźnię na temat potęgi Azteków, bo trudno pominąć miejsce, które kiedyś było ich głównym pałacem w Tenochtitlan. I szkoda, że z jego kamieni Hiszpanie zbudowali katedrę.



Obeszliśmy sobie Plaza de Santo Domingo z wolno płynącym na codziennych obowiązkach życiem Meksykanów. Zadziwił nas wygląd Muzeum Rewolucji: Monumento de la Revolucion.

Nadszedł czas na wizytę w Bazylice w Guadalupe. Pojechaliśmy tam metrem. Guadalupe jest właściwie kompleksem kościołów i kaplic. Główna świątynia czyli Bazylika architektonicznie prezentuje się dosyć miernie i wyglądem absolutnie nie pasuje do goszczenia w swoich wnętrzach świętego obrazu. Pozostałe kościoły zbudowane w tradycyjnej konwencji prezentują się znacznie lepiej. Miejsce na pewno jest niezwykłe i nawet kiczowate figury na skalach tworzą specyficzny meksykański klimat wiary i świętości w ludzkim wydaniu, takim bliskim sercu, jakby ziemskim.

Niezwykłe było obserwowanie Meksykanów jadących na taśmie i oglądających obraz Matki Boskiej z Guadalupe. Gdy dla nas była to podróż jak każda inna, dostępna, bo jej zapragnęliśmy, to dla wielu z nich była to wyprawa życia, na którą poświęcili wszystkie oszczędności. Łzy w ich oczach, gdy patrzyli na Świętą Panienkę, widzieliśmy wielokrotnie. Wzruszające. Jan Paweł II miał rację mówiąc, że Bóg jest Meksykaninem. Naocznie się o tym przekonaliśmy.









Teraz zmiana klimatu czyli wyjazd do Teotihuacan. Oferowane wycieczki kosztowały 500 peso. Zrobiliśmy to na własną rękę za 162 peso za osobę (ze wstępem – 64 peso i jazdą tam i z powrotem – 88 peso autobus i 10 peso metro)! I dlatego warto samemu sobie organizować wyprawy, a nie nabijać kiesę naciągaczom. Och, jak przyjemnie było stanąć wśród tych 2 sławnych piramid: Słońca i Księżyca i przejść się wreszcie „drogą zmarłych” po tak długim okresie wyczekiwania na spełnienie tego pragnienia.


 Już tylu znajomych tam było, ile razy widziałam ten zabytek w telewizji i zawsze sobie powtarzałam, że tam pojadę. To było dla mnie takie oczywiste, tylko trzeba było wybrać termin. I wreszcie to nastąpiło. Z wielką satysfakcją,  choć w towarzystwie potężnej zadyszki wdrapaliśmy się z Tomkiem na 70 metrową piramidę Słońca (Ewa ze Sławkiem sobie to odpuścili). Popatrzenie z góry na ogrom terenu Teotihuacan przywodziło na myśl niebywałą potęgę jego pierwszych mieszkańców, w czasie gdy my na terenie Polski siedzieliśmy w lasach i jaskiniach. 




I cóż, mieszkańcy historię swego życia wraz z tradycją zabrali ze sobą odchodząc z tamtych terenów. A ja, patrząc na te tajemnicze budowle, czułam się trochę jak kosmitka przykładając własne szablony myślenia do zupełnie innego świata, którego my współcześni już nie potrafimy zrozumieć.

W Teotihuacan podobno było ciepło. Wszystkim było gorąco, oprócz mnie. Słońce rzeczywiście operowało, ale ja postanowiłam podleczyć moje atopowe zapalenie skóry i lekceważyłam zdanie męża, że powinnam się nasmarować kremem z filtrem. Dla mnie słońce nie grzało za mocno. No cóż, teraz odczuwam efekty własnej głupoty. Czerwona jak burak wyglądam idiotycznie, skóra mi schodzi z twarzy. A ciepła nie odczuwałam, bo jak mi dzień później wyszły opryszczki na wardze, to okazało się, że jestem przeziębiona.





Przed wyjazdem czytaliśmy z Tomkiem znakomitą książkę Jana Gacia „Meksyk”, w której autor zawarł informacje na temat zabytków, do których nie dotarłam w żadnych innych źródłach. Między innymi dzięki tej książce mogliśmy stanąć przed „grobem” Hernana Corteza. W kościele Jesus Nazareno niedaleko Zokalo w Mexico City tuż przy ołtarzu z lewej strony jest czerwona tablica upamiętniająca złożenie kości słynnego konkwistadora właśnie w tym miejscu, w tym kościele. Cortez zmarł w Hiszpanii, ale zawsze chciał być pochowany w Meksyku. Tutaj przewieziono i złożono później jego kości. 




Oczywiście zawitaliśmy do „Luwru” Meksyku czyli Muzeum Antropologicznego (64 peso, dla extranheros zawsze płatne, także w niedzielę, gdy Meksykanie mają za darmo). 



Już na dzień dobry ciekawe patio wprowadziło nas w dobry humor, a zgromadzone artefakty w zachwyt. Proponuję zacząć zwiedzanie od sali Teotihuacan, tak jak myśmy to zrobili. Po wejściu do sali, zaraz za zakrętem naszym oczom ukazał się oszałamiający widok czerwono – zielonego fragmentu piramidy z figurami Quetzalcoatla i Tlaloca. 



Gdyby te piramidy w Teotihuacan były pomalowane w rzeczywistych kolorach, tak jak w muzeum, to miejsce by jeszcze bardziej zyskało. Potem w muzeum jeszcze w kilku miejscach widzieliśmy odrestaurowane kolorowe fragmenty piramid, kolumn czy figur. Robiło to ogromne wrażenie.


 Najsławniejszym artefaktem muzeum jest oczywiście okrągły kamień – kalendarz Azteków – odnaleziony w Templo Mayor.


 A mnie najbardziej podobały się ładnie kontrastujące czerwono – niebieskie malowidła z Cacaxtli.

Muzeum Antropologiczne jest ładnie położone, w Parku Chapultepec, co pozwoliło nam obejrzeć z zewnątrz Zamek Chapultepec i posilić się w garkuchni w cieniu drzew.

Wątek muzealny kontynuowaliśmy w dzielnicy Coyoacan zwiedzając Dom Lwa Trockiego (tutaj został zastrzelony) - wstęp 40 peso + 15 peso pozwolenie na fotografowanie.


 Następnie udaliśmy się do Muzeum Fridy Kahlo (wstęp dla 2 osób i 1 pozwolenie na fotografowanie 300 peso!), które oprócz jej obrazów prezentuje także jej mieszkanie, zdjęcia, gorsety ortopedyczne, stroje. 






Wyszliśmy stamtąd bogatsi o przepis Fridy na mole poblano, który umieszczono we framudze drzwi kuchennych (po hiszpańsku i angielsku). Oba muzea znajdują się w dzielnicy, do której zgiełk wielkiego miasta nie dociera, a budynki posiadają patio, na którym w otoczeniu zieleni można odpocząć.

Bez żalu opuściliśmy Mexico City. Jednak to ogromne miasto to nie mój Meksyk. Brak mu tej atmosfery, która czyni ten kraj atrakcyjnym i przyciąga jak magnez. Zdecydowaliśmy się na wzięcie taxi do naszej wypożyczalni samochodów (wypożyczyliśmy auto już w Polsce korzystając z wyszukiwarki www.rentalcars.com w Europcar). Nie wyobrażaliśmy sobie wsiąść z walizkami do zapchanego metra. W wypożyczalni wszystko było ok. Nieubłagalnie nadszedł odwlekany przez nas trudny moment – Tomek musiał zasiąść za sterami naszego wehikułu i przebić się przez korki. Nie bez kozery mówi się „ale Meksyk!” Styl jazdy w tym kraju jest nie do ogarnięcia dla Europejczyka. Tu pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy wjedzie na skrzyżowanie, a pasy na jezdni są tylko dekoracją. No ale Tomek miał doświadczenie w jeździe po Meksyku. W końcu 5 lat temu przejechał tutaj 3000 km. Bezboleśnie przeprowadził nas przez korki w stolicy (chociaż ile on się udenerwował w środku, to tylko on może opowiedzieć). Nawet nie przypuszczałam, że pójdzie nam tak gładko. Ale co się odwlecze, to nie uciecze…

Nasza trasa wiodła 400 km na północ do Papantli. Ale po drodze mieliśmy jeszcze 2 cele: Tepotzotlan oraz Tulę. W Tepozotlanie mieści się niezwykły kościół Św. Franciszka Ksawerego (50 peso), do którego wchodzi się przez Muzeum de Virreitano. Weszliśmy do kaplicy i  oniemieliśmy. Niby wiedziałam czego możemy się spodziewać, ale żadne zdjęcie nie odda tego wrażenia na miejscu. Łał!

 



 Na ściany ociekające od sklepienia po podłogę złotem i wybujałą dekoracyjność stylu churrigueresco zareagowaliśmy tak jak wszyscy zwiedzający, którzy tu wchodzili. W osłupieniu złapaliśmy się za buzię i wydaliśmy prosty dźwięk: łał! Jedźcie i oglądajcie, bo zdjęcia nie oddają piorunującego wrażenia.

I pojawiła się wreszcie rzeczywistość małomiasteczkowa. To jest nasz ukochany Meksyk! Nic się nie zmienił. Nadal bliski serca… Czysto, spokojnie, bez pospiechu, maniana, maleńkie zocalo przed kościołem – skwerek z ławeczkami w cieniu drzew. Żyć nie umierać!

Ale trzeba było opuścić tą oazę spokoju i jechać do Tuli. Do stanowiska archeologicznego szło się przez  kaktusowy zagajnik.




 Tam (64 peso) zdarzyliśmy przez grupa Meksykanów wyglądających jak ekipa z Master Chefa obejrzeć w samotności posągi – kolumny przedstawiające atlanów. 







I ruszyliśmy dalej na północ. Nagle z daleka zauważyliśmy ciemną chmurę. Do tej pory cieszyliśmy się, że nie sprawdza się prognoza pogody zapowiadająca deszcz. Niestety sprawdziła się. Zaczęło lać. A my wjeżdżaliśmy w coraz wyższe góry, na których jak wata cukrowa rozciągały się chmury. Droga wiła się jak wąż, a widoczność spadała do kilku metrów. 

 
Ulewa spowodowała, że zmierzch zapadł znacznie wcześniej. Nawigacja zaczęła nam trochę świrować, benzyny zaczęło brakować, a Pemexu (tutejsza stacja paliw) ani widu, ani słychu. Zjechaliśmy z autostrady do wioski w poszukiwaniu paliwa i tam dowiedzieliśmy się, że musimy wrócić na autostradę, bo za kilka kilometrów natrafimy na stację. I rzeczywiście tak było. Stamtąd było jeszcze ok. 40 km do Papantli, z czego 20 trzeba było pokonać w absolutnych ciemnościach przez wioski pełne zabójczych betonowych spowalniaczy (tzw. topes). Gdy dojechaliśmy do Papantli, to dopadliśmy pierwszy lepszy hotel, który miał zresztą bardzo dobre ceny: pokój z łóżkiem małżeńskim (tzw. uno matrymoniales) z łazienką – 200 peso (aby uzyskać zł dzielimy przez 4).

Śniadanie zjedliśmy na zocalo w restauracji Pardo Plaza. Pyszna pikantna jajecznica mexiana (z warzywami) z chlebkiem, pastą z fasoli, sok wyciskany z pomarańczy i wyjątkowo smaczna kawa kosztowało nas 68 peso. Podczas krótkiego spaceru po mieście chłonęliśmy jego spokojną atmosferę, a zakończyliśmy go kupnem aż 16 przeróżnych bułek z nadzieniem od pana stojącego na ulicy, czym wzbudziliśmy zachwyt miejscowych. Wyposażeni w jedzenie na cały dzień (bułki jak pięknie pachniały, tak wspaniale smakowały)  ruszyliśmy do El Tajin. Ruiny miasta Tolteków ze słynną piramidą del Nichios z 365 niszami podziwialiśmy prawie samotnie.









 Miasto położone jest bardzo fajnie, gdyż otaczająca je selwa nadaje mu tajemniczości. Niestety Indiana Jones nie wyszedł nagle z dżungli, ale za to nad nami latały jakieś drapieżniki podobne do orłów oraz zielone papugi. Nie było ciepło, ale powietrze było przyjemnie rześkie i pozwoliło nam oczyścić płuca z meksykańskiego smogu.






A w sklepie w El Tajin zakupiliśmy z Tomkiem likier waniliowy. Rejon ten słynie z uprawy wanilii, która właśnie z Meksyku została rozprzestrzeniona na cały świat.




Ruszyliśmy autostradą do Tlaxcali. Korzystamy z płatnych (niestety nienajtańszych) dróg, gdyż są one znacznie szybsze, bo nie mają „topes” czyli zabójczo wysokich spowalniaczy, które, by nie rozwalić auta, trzeba pokonywać na pierwszym biegu. Nasza nawigacja nie mogła znaleźć Sanktuarium Matki Boskiej z Ocotlan w Tlaxcalli. Wreszcie udało nam się dostrzec jakieś kierunkowskazy i pojechaliśmy wg nich podjeżdżając pod kościół, którego fasada przypominała mistrzowskie dekoracje tortu śmietanowego, a wnętrze skarbiec ze złotem.  





Do Puebli znowu wjeżdżaliśmy po ciemku przebijając się przez koszmarne korki, borykając się z meksykańskim chaosem na drodze, mijając kilka stłuczek i hamując do zera na tysiącach topes. Minęło dobre 1,5 godziny zanim dotarliśmy do centrum miasta i znaleźliśmy hotel. Zamieszkaliśmy w hotelu El Fuente (300 peso za pokój 2 osobowy – łóżko małżeńskie) na ulicy Poniente 3. Z tarasu widać było Katedrę na zocalo. Wyskoczyliśmy wieczorem (po godz. 20:00) na miasto, ale większość sklepów i restauracji była już zamknięta. Myślę, że zimno paraliżuje w Meksykanach chęć do fiestowania do późna. W nocy temperatura spadła do 5 stopni C. Bożonarodzeniowa Puebla nocą zaostrzyła nasze apetyty na dzienne zwiedzanie.

Wczorajsze doświadczenia z drogi (korki i niezbyt radząca sobie z Meksykiem nawigacja) zweryfikowały moje ambitne plany. Z ogromnym bólem serca odpuściłam wyjazd do pobliskiej Choluli na rzecz odpoczynku i zwiedzania Puebli. Żegnajcie piękne churrigueresco i największa piramido Meksyku. Przyjdzie na was czas innym razem. Tym sposobem pojawił się kolejny cel wyjazdu…

Puebla w dzień przywitała nas kolorowymi, rzeźbionymi fasadami kolonialnych budynków. 







Smaczne tradycyjne meksykańskie śniadanie (jajecznica po meksykańsku, chleb lub tortilla, pasta z fasoli, sok pomarańczowy i kawa) w knajpce na Poniente 3 dodało nam sił do zwiedzenia Capilla del Rosario w Kościele Santo Domingo. Przechodząc przez raczej zwyczajny kościół tuż przed ołtarzem głównym skręciliśmy w lewo i naszym oczom ukazało się wnętrze pełne misternych złoceń. Białe ściany pokryte zostały złotymi liśćmi, winogronami, zawijasami, serpentynami, kwiatami, aniołkami. Znalazłam nawet syrenę! Złote były kolumny, kolumienki, ramy obrazów i sufit. Znowu widok zapierał dech, a z piersi wydobyliśmy tylko skromne „łał”!






Przy tej kaplicy mumia św. Sebastiana w kościele św. Franciszka wyglądała dość rachitycznie…


Puebla pachniała kawą. Kierując się zapachem wylądowaliśmy w maleńkiej kawiarence, jak sama nazwa mówi - Cafe Aroma na Poniente 3, podającej jedynie…kawę. Ale jaką? Pyszną! Dość długo delektowaliśmy się świeżo przy nas zmieloną aromatyczną kawą w stylu Italiano. Jak na Meksyk taka jakość jest niezwykła, gdyż króluje tu amerykańska lura.

Z powodu intensywnego przemieszczania się od 2 dni nie jedliśmy obiadu, dlatego też postanowiliśmy wreszcie położyć kres tej złej tradycji. Do polecanej przez kilkoro Meksykanów restauracji Santa Clara na niezmordowanym Poniente 3 zamówiliśmy koronne meksykańskie danie pochodzące właśnie z Puebli – słynne mole poblano. Wybrane przez nas udko z kurczaka zalane było gęstym sosem kakaowym z chili i posypane lekko sezamem. Niebo w gębie za 140 peso + 20% servisco.




Podczas wyjazdu ze znowu zakorkowanej Puebli tym razem nasza navi się spisała i sprawnie znaleźliśmy się na autostradzie (cuota – płatna) do Oaxaca. Droga widokowo była bardzo malownicza wijąc się między wysokimi szczytami ciągnących aż po horyzont pasm górskich.





Po drodze mieliśmy atrakcje w postaci biegnących w sztafecie Indian, człowieka, który nie musi chodzić do kościoła, gdyż wozi kościół ze sobą oraz konie czy muły przewożone na pace.

Do Oaxaca dojechaliśmy o zmierzchu. Navi tylko kilka razy kazała nam skręcać pod prąd. Zamieszkaliśmy w Casa Arnal (600 peso) z czystymi, ciepłymi i niewalącymi skisem pokojami oraz pięknym patio.


 Rzuciliśmy wszystko i jak staliśmy, poszliśmy w miasto spowite światłami latarni i… gwarne jak w dzień. Już Puebla zapowiadała się fajnie, ale w Oaxaca wreszcie spotkaliśmy się z naszym ukochanym Meksykiem tętniącym życiem nawet gdy ciemna noc zapadnie. Wiedzeni słuchem błyskawicznie nastawiliśmy nasz azymut na fiestę, która swój początek miała pod kościołem św. Dominika Guzmana, a kończyła się jak zwykle na Zocalo. 



Opuściliśmy tą imprezę dopiero wtedy, gdy kakofonia dźwięków dwóch rywalizujących ze sobą orkiestr grających różne melodie, dała nam się we znaki, a pijani, zupełnie nieszkodliwi Meksykanie zaczęli bezwładnie spadać z okolicznych murków. 

 
Cóż było robić? To chyba oczywiste - udać się na Zocalo!





 Na ten meksykański Rynek poszliśmy, by coś „wrzucić na ruszt”. Ale… Ale miłej aparycji Meksykanka skusiła nas mezkalem. Region Oaxaca słynie z produkcji pulque i mezkalu czyli lokalnych trunków wysokoprocentowych wyrabianych z agawy.  Z dotychczasowych relacji wiedziałam, że pulque jest obrzydliwe, a mezkal niedobry. Relacje relacjami, ale trzeba przekonać się na własnej skórze, a raczej gardle. Na początek pani zapodała nam „el clasico” czyli czysty mezkal. Przyznaję rację wszystkim, którzy próbowali przed nami – niedobry. Ale widząc nasze nieszczególne miny, błyskawicznie zatopiła swe ręce w wielkiej misie pełnej butelek i … wtedy dopiero się zaczęła zabawa! Zabrała się za polewanie nam do kieliszków mezkal crema o smakach: mango, kawa, cajeta, jamaika, lemon, truskawka, orzech, mleko, kokos, migdał, amaretto, maracuja, 12 ziół, pinacolada, ananas, banan z czekoladą. Ja nie wiem, jak smak jeszcze. Tempo było zabójcze, a my (ja, Ewa i Tomek) rozbawieni coraz bardziej. W takiej atmosferze nie dało się inaczej, jak tylko zakupić po flaszce. Wybraliśmy mango. Popatrzcie za zdjęcie - tyle każdy z nas wypił smaków ile kieliszków jeden w drugi powkładanych! Niezła piramidka się uzbierała, co?



Ale okazało się, że na tym nie koniec. Bo zmieniła się pani zapraszająca na degustację, a nowa ochoczo zabrała się do roboty polewając nam mezkal crema, a my w salwach śmiechu tworzyliśmy kolejną „piramidkę”. I po raz kolejny dokonaliśmy zakupu mezkalu, tym razem o smaku cytrynowym. Zdjęcie z drugą już „piramidką kieliszków”…



Na drugi dzień przeczytałam w naszym przewodniku (Rouge Guide) takie zdanie: „ uwaga na mezkal, bo może poczynić zamęt w głowie i spustoszenie w organizmie”. Tylko, że ten nasz przewodnik to tłumaczenie z angielskiego. Następnego dnia  mieliśmy mnóstwo siły do zwiedzania i wesołe wspomnienia.

A dzień nie zapowiadał się aż tak intensywnie i przygodowo. Jako pierwszą atrakcję zaplanowaliśmy sobie oddalone o 6 km od naszego hotelu ruiny miasta Zapoteków – Monte Alban. Ci niesamowici wojownicy na początku pierwszego tysiąclecia ścięli 250 metrów góry, z której na wysokości 750 m n.p.m. zrobili taras, na którym zbudowali miasto pełne piramid. A my ludzie żyjący na początku trzeciego tysiąclecia nie potrafimy zrobić takiej nawigacji, która by nas bezbłędnie przeprowadziła przez 6 km do celu! Z 10 minut jazdy zrobił się godzinny horror podjazdów po dziurawych drogach o nachyleniu 45 stopni, podjeżdżaniu ludziom pod domostwa, wycofywaniu się tyłem, gdyż na wąskich dróżkach nie było mowy o zakręceniu, wjeżdżaniu w drogi będące dopiero w budowie. W mieście prawie wcale nie było oznaczeń jak dotrzeć do Monte Alban, tak by można było zlekceważyć gadającą navi. Gdy Tomek zatrzymywał samochód, by zapytać się o drogę, to kolana samowolnie uderzały mnie w głowę, gdyż staliśmy na takiej stromiźnie! Wreszcie po wielu wskazówkach miejscowych wyjechaliśmy na szeroka asfaltówkę prowadzącą prosto do Monte Alban (64 peso). Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Gdybyśmy wiedzieli, że ta droga to był „pikuś”…

Ale na razie przed nami Monte Alban.





















A potem odbyliśmy banalną jazdę do Santa Maria del Tule i podziwialiśmy najstarsze drzewo na świecie (podobno ma 2000 lat, a może nawet 3000) – unikatowy 58 metrowy (obwód) cypryśnik – gatunek, który wymarł w okresie kolonialnym. 






Tule nakarmiło nas smacznie tortillą z chorizo (ostra kiełbasa; 50 peso za ogromny placek), napoiło sokiem wyciskanym z pomarańczy i mandarynek (15 peso). 





Dalej zrobiliśmy krótki wypad do Mitli – mało imponującego miasta Miksteków, ale słynącego z charakterystycznych mozaik. 






Słońce zaczęło nieuchronnie chylić się ku zachodowi, a my mieliśmy zaplanowany jeszcze jeden cel – Hierve El Aqua – niezwykłe źródełka, jeziorka i wodospady ukryte w górach. Już na początku nie bardzo nam się podobało, że navi prowadzi nas przez jakieś zapyziałe wioski żywcem wyjęte z filmów Rodrigueza. Zastanawialiśmy się tylko czy zdążymy pokonać dziurawą jak ser szwajcarski zakurzoną drogę zanim z chaty wyskoczą wrogowie Antonio Banderasa. Ale przejechaliśmy i wyjechaliśmy poza domostwa.

A dalej wyszedł chłopiec ze stadem kóz i definitywnie skończył się asfalt. Szutrowa drożyna prowadziła nas coraz wyżej, zakręty zaczęły robić się coraz ciaśniejsze, a przepaście coraz głębsze. Zwątpiliśmy, ale nie było już odwrotu, bo droga była tak wąska, że Tomek nie mógł zawrócić. Jakość trasy przypominała Nepal. Tylko, że wtedy kierowca nas wiózł, a tutaj Tomek sam pokonywał ostre zakręty na zboczach góry. Gdy dojeżdżaliśmy do zakrętu, to Tomek trąbił, by ewentualny samochód jadący z naprzeciwka dał radę zahamować na śliskim szutrze, a nie wylądował nam na masce. Trzy razy musieliśmy się minąć z innym pojazdem. Serce w gardle, ręce mokre, a oczy w słup. Do tej pory uważałam, że podróż przez Himalaje była najgorsza w moim życiu. Myliłam się. Ta była znacznie gorsza, gdyż oprócz ekstremalnie niebezpiecznej drogi nie byliśmy pewni czy jedziemy dobrze (brak znaków, navi nie raz wyprowadziła nas w pole), a słońce nieuchronnie zbliżało się do górskich szczytów. 


 


Widoki za to zapierały dech i mimo stresu byliśmy w stanie je podziwiać. Przed nami odsłoniły się zielone pofałdowane połacie gór, mnóstwo łańcuchów, z których każdy wydawał się rościć sobie palmę pierwszeństwa w konkursie uroku i urody. Było totalnie odludnie, a dominowała tylko surowość i potęga gór. 

Gdy przejechaliśmy przez wierzchołek na drugą stronę zbocza, to zaczęła się mikra cywilizacja. Widok pojedynczych osób zaczął dodawać nam otuchy, zwłaszcza gdy wskazywali nam drogę (w tym miejscu inaczej niż navi!). Tomek dowiózł nas cało i zdrowo na parking przez źródłami (wstęp 25 peso). Na pieszo po skałach w dół prawie biegliśmy, gdyż widzieliśmy ciemną zasłonę zmierzchu tuż za plecami. A pokonać taką drogę i nic nie zobaczyć – ach, nawet nie chcę myśleć o ogromie rozczarowania! Ale nie było smutku i rwania sobie włosów z głowy. Był zachwyt. Dlaczego? Zobaczcie. Widoki mówią same przez się. Hierve El Aqua – perełka przyrodnicza w środku przepastnych gór…
 









 
Gdy słońce zaczęło chować się za górami, to szczyty naciągnęły na siebie kołderkę z chmur. A Tomek jak urodzony Meksykanin wsiadł za kierownicę i zawiózł nas tą samą drogą przez góry (innej nie ma). W ostatnich promieniach słońca wprowadził auto na asfaltówkę do Oaxaca.

Po tym wszystkim, co przeżyliśmy, szkoda było spędzić wieczór w pokoju. Już piechotą wyruszyliśmy na Zocalo i jego okoliczne uliczki.











Oaxaca słynie z kilku rzeczy. Oto one:

1.       Mezkal – jego historię w naszej podróży już znacie. Tutaj można odwiedzić okoliczne fabryki i przyjrzeć się produkcji. Nie mieliśmy tego w planach.

2.       Indiańskie targi w pobliskich wioskach (codziennie gdzie indziej, trzeba zasięgnąć języka) – by je zobaczyć udaliśmy się do Tlacoluli. Zacznie bardziej polecamy malowniczy niedzielny targ w Chamuli (stan Chiapas).



















3.       Chapulines – przysmak w postaci suszonych koników polnych z dodatkiem limonki. Zakupiliśmy i jedliśmy (co widać na załączonym obrazku!). Zupełnie dobre naturalne „chipsy”.




4.       Kościół św. Dominika Guzmana z wystrojem wnętrza w stylu churrigueresco (meksykański barok). Otwierają go tylko na msze i jest problem z robieniem zdjęć na statywie (z lampą błyskową nie można w żadnym kościele).









5.       Bazylika Santa Maria de Soledad – drugie po Guadalupe najważniejsze sanktuarium Ameryki. Ładna fasada, ale mało imponujące wnętrze.




6.       Dom Benito Juareza – pierwszego indiańskiego prezydenta Meksyku. Zapomnieliśmy go obejrzeć, bo zwyciężyła przemożna potrzeba powłóczenia się po mieście i wczucia w jego atmosferę.

7.       Ser. Tutejszy jest przepyszny. Nieco słonawy. Oto wersja obiadowa – grillowana. Zupa Azteków z tortillą, serem, avocado i chiceron - suszoną świńską skórą (smakuje jak skwarki) też była pyszna, tylko mało pikantna. Bardzo przyzwyczailiśmy się do ostrego. 



8.       Czekolada. W tej kawiarni w wersji do picia była smakowita.






Za to Meksykanie nie potrafią parzyć kawy, której ziarna mają bardzo dobrej jakości. Lura lurą pogania. Ochydztwo.



Dziś wracamy do Mexico City autostradą przez góry, na której piękne widoki zasłaniają nam chmury – jak zwykle.

Będąc w okolicach Puebli włączył mi się instynkt podróżniczy i zapytałam się czy uda się przed wjazdem do Mexico City obejrzeć jeszcze pominiętą wcześniej Cholulę. Tomek ku mojej radości wyraził aprobatę na ten plan. Nawigacja kompletnie nie potrafiła sobie poradzić z adresami w tej bardzo przyjemnej miejscowości. Ale jakoś udało nam się obejrzeć pozostałości największej piramidy w Meksyku (54 peso). Ta trawiasta góra zwieńczona kościołem wygląda niepozornie. Okazuje się, że pod darnią kryje w sobie właśnie tą wielką piramidę. Mogliśmy oglądać tylko odsłonięte pozostałości podstawy tej prekolumbijskiej budowli. Oceniając „fundamenty” rzeczywiście można tylko żałować, że tak mało zostało z tego kolosa.








Dalej był kościół św. Gabriela z Kaplicą Królewską (taki sobie) 






oraz absolutne cacuszko – kościół Santa Maria Tonantzintla (już prawie poza miastem). Maleńki kościółek kryje w sobie fantazyjne rzeźbienia w stylu churrigueresco.


 Wśród splotów liści na wiernych patrzą setki główek z wyłupiastymi oczami. To miejsce ma tylko jedną bardzo  poważną wadę – w środku w ogóle nie można robić zdjęć. Tomek zakombinował i po kryjomu nieco nagrał. Ale zdobnego sufitu nasyconego złoceniami nie udało się ująć.

zdjęcie wnętrza kościoła z internetu


Wjazd do Mexico City, jak Tomek powiedział, nie był trudny. Ale utknęliśmy w maleńkich handlowych uliczkach, na których co 10 metrów były światła, a dzikie tłumy mieszkańców stolicy wchodziły przed samochody, bo zrobienie zakupów było dla nich cenniejsze niż życie. Nie kryliśmy zaskoczenia z ilości ludzi poruszających się po ulicach. Skąd ich się tyle brało? Już zatęskniłam za małomiasteczkową atmosferą. Auto udało nam się oddać 40 minut przed czasem, chociaż wjeżdżając do tego molocha mieliśmy 2 godziny zapasu i 6 km do pokonania! W wypożyczalni nie było żadnych problemów.

Podsumowując przejazd przez Mexico City i inne miasta Tomek stwierdził z lekką nutką rozczarowania, że nie było tak źle, jak się spodziewał. Czyli zgodnie z chińskim przysłowiem: „dopiero ze szczytu góry można ocenić rozległość równiny”…

Następnego dnia po śniadaniu w naszym hotelu Juven Mundo zostawiliśmy za darmo w przechowalni bagaże i z małymi plecaczkami wyruszyliśmy na lotnisko. Gość w hotelu powiedział nam, że będziemy jechać metrem 1 godzinę. W rzeczywistości jechaliśmy niespełna 30 minut. Z końcowej stacji metra „Pantitlan” widać było lotnisko. Ale jak zagłębiliśmy się w labirynt pobliskich uliczek, to od razu straciliśmy orientację. Wzięliśmy taksówkę za 50 peso i dojechaliśmy prosto pod nasz terminal. Lotnisko w Mexico City jest ogromne i nie uśmiechało nam się krążenie po okolicy w poszukiwaniu przejścia. Linią Volaris dolecieliśmy do La Paz. Jesteśmy w Baja California. Kolejnym wypożyczonym samochodem (miał być Hyunday i10 w manualu, a dostaliśmy większego Nissana w automacie,) jadąc przez prerię będącą królestwem kaktusów olbrzymów, dotarliśmy do miejscowości Todos Santos. Uśpione miasteczko wydawało się opustoszałe. Ale jak dojechaliśmy do jakiegoś hotelu blisko plaży, okazało się, że wszystkie pokoje są zajęte. 







Wróciliśmy do na wyrost określanego centrum i znaleźliśmy pokój  dwuosobowy (oczywiście z łazienką  i Klimą) za 400 peso (po krótkich negocjacjach). Brzuchy już od dłuższego czasu domagały się wrzutki, więc ruszyliśmy w poszukiwaniu jedzenia. Ceny nas zaskoczyły. Obiady kosztowały dwa razy tyle co w pozostałej części kraju. A wszędzie puchy, w restauracjach jedyny ruch stanowili kelnerzy wyskakujący z uśmiechem jak filip z konopi na rzadki widok klienta. Ale udało nam się znaleźć restaurację „U Miguela” z akceptowalnymi cenami. A jedzonko? Palce lizać! Wzięliśmy Special de la Maison czyli faszerowaną paprykę z serem i krewetkami. Danie rozpływało się w ustach.

prawdziwa meksykańska margerita





 Ewa nie lubi ostrego i specjalnie dla niej pytamy się czy potrawy są ostre. Najczęściej pada odpowiedź, że nie i …najczęściej jest ostre. Dla mnie i Tomka jest za mało ostre, ale dla Ewy za bardzo. Jak tak dalej pójdzie, to do końca wyjazdu przyzwyczai się do ostrego smaku.

Jeszcze parę słów na temat porozumiewania się. Od naszego ostatniego pobytu tutaj nic się w tym względzie nie zmieniło. Nadal obowiązuje język hiszpański, angielski nie przyjął się… Ostro ćwiczymy nasz hiszpański. Gdybyśmy posiedzieli tu ze dwa miesiące, pewnie już zaczęlibyśmy mówić pojedyncze zdania. Na razie mówimy pojedynczymi wyrazami, ale pytania potrafimy zadać poprawnie! I dzięki temu, że zaczynamy rozmowę po hiszpańsku, to udaje nam się sporo utargować, od razu jesteśmy inaczej – czytaj lepiej – traktowani.

Dzisiaj wyruszyliśmy do Cabo San Lucas – 70 km od naszej wioski. Kiedyś był taki serial „Love Boat”. Uwielbiałam go oglądać jako dziecko (wtedy na jakimś angielskim kanale w telewizji satelitarnej). Serialowy statek dopływał zawsze do Mazatlan lub Cabo San Lucas. Mazatlan będzie innym razem, a teraz miałam okazję zobaczyć to drugie miejsce. Niestety nic ciekawego. Amerykańska mekka, w której w wielu miejscach płaci się w dolarach. Ale jednak miasto ma coś fajnego, dlaczego warto było tu podjechać. Z mariny pełnej drogich jachtów wypływają łodzie – taxi, które zawożą turystów na pobliskie plaże, niedostępne z lądu.




 Po stargowaniu ceny do dos cientos (200 peso) od osoby popłynęliśmy łodzią ze szklanym dnem, by zobaczyć największą atrakcję okolicy Los Cabos – lwy morskie! Stado fok leżało na skale i szczekało na podpływających turystów. Widok tych dzikich zwierząt o przepięknych oczach i zabawnych pyszczkach ujmował za serce. 



A potem, nacieszywszy oczy malowniczymi skałami wyrastającymi prosto z Oceanu Spokojnego, zostaliśmy wysadzeni na Playa Amor by móc poczuć ciepły żółty piasek pod stopami, a ciało zamoczyć w krystalicznie czystej wodzie. 



Same przyjemności w tropikalnej temperaturze, podczas gdy we Wrocku jest teraz 5 stopni Celsjusza…






Dzisiejszy dzień był dniem najważniejszym. Todos Santos jako cel podróży wybrałam tylko dlatego, co miało się wydarzyć dzisiaj. A mianowicie chodzi o wieloryby! Dzisiaj wypłynęliśmy na Ocean, by oglądać humbaki. Już w kilku miejscach na świecie „uciekły” mi te największe ssaki. Todos Santos to było moje kolejne podejście, by na własne oczy ujrzeć te tajemnicze wodne giganty. Humbaki przypływają tutaj z północy i przebywają w okresie od listopada do marca, a wieloryby szare od stycznia do marca (stąd na te przyjdzie czas podczas kolejnych ferii zimowych). Zorganizowanie całej atrakcji rozpoczęliśmy od udania się w tym opustoszałym miasteczku do jedynego hotelu tętniącego życiem. Dobrze przypuszczaliśmy, że tam na pewno ktoś będzie coś wiedział na temat „whale watching”. Dostaliśmy namiary na Bryan (kobieta) organizującą takie wyprawy i kosztowało nas to bagatela 300 USD (za łódź mieszczącą maksymalnie 4 osoby). O 6:45 Bryan podprowadziła nas do „mariny” usytuowanej poza miastem i zaznajomiła ze specyficznym systemem dostania się naszej łodzi przez ogromne fale z zatoki na Ocean. I tak: pierwsza motorówka musi sobie dać radę sama, a następnie na linie wyciąga kolejną łódź motorową, a ta kolejną, itd. 


Wygląda to dość prosto tylko, że „po drodze” trzeba pokonać co najmniej dwie ogromne fale. „Wyjazd” wyglądał bardzo spektakularnie, zwłaszcza gdy grzywa fali miała przemożną potrzebę dostania się do środka łodzi.



 Między sobą wymieniliśmy informacje, że żadne z nas nie ubezpieczyło się na wypadek uprawia sportów ekstremalnych i z tym „pocieszającym” uczuciem wsiedliśmy do naszej łódki. Dalej cała akcja potoczyła się tak błyskawicznie, że nim się obejrzeliśmy już zostaliśmy wyciągnięci z zatoki, bez zaliczenia chociażby kropelki wody morskiej! I płynęliśmy, płynęliśmy, płynęliśmy … i nic. Nasz kapitan Agusto zaczął się już denerwować i tłumaczyć nam w swym ojczystym języku, że wczoraj wielorybów było mnóstwo, a dzisiaj musiały popłynąć na północ. Moje zdenerwowanie rosło, gdyż niewiarygodnym wydawało mi się w środku sezonu na humbaki nie zobaczyć tych zwierząt. To musiałby być niewiarygodny pech i wielka niesprawiedliwość. Tymczasem świat przybrał stalową barwę, trudno było uchwycić, gdzie jest horyzont, gdzie Ocean styka się z niebem. A wieloryby lubią słońce. Jednak chyba zadziałała na nie magia 300 USD zapłaconych przez zdenerwowanych podróżników i … zaczęły się wyłaniać! Zresztą nieważna była przyczyna dlaczego zrezygnowały z zabawy w chowanego z nami. Wypłynęły!!! Ale wiecie jak ogląda się dzikie wieloryby? Wszystko zaczyna się od fontanny wody wydmuchiwanej w górę. Za chwilę pojawia się kawałek czarnego grzbietu, potem pojawia się większy kawałek grzbietu, następnie wszystko znika i chwilę później wyłania się tylna płetwa, by w ciągu sekundy majestatycznie zniknąć pod wodą. Takich spektakli widzieliśmy co najmniej kilkanaście. Po denerwująco długim okresie wyczekiwania nasze marzenia się spełniły. 





I co więcej, mieliśmy niebywałą okazję zobaczyć morskie igraszki wielorybów „chłopaka” i „dziewczyny”, które przeskakiwały przez siebie, klaskały płetwami i … pokazały nam swe pyski! Widzieliśmy początek wieloryba!!! 






Morska przygoda przedłużyła się z planowanych 3 godzin do ponad 5. W tym czasie ponadto foka chciała się z nami bawić. Nasz kapitan Agosto zaproponował nam łowienie ryb, które zakończyło się sukcesem wędkarskim w postaci 6 ogromnych żółto – zielonych ryb o nazwie machi machi.





 A samo lądowanie na plaży – dosłownie lądowanie – też było emocjonujące. Przy wypłynięciu mieliśmy o tyle lepiej, że obserwując poprzedników, wiedzieliśmy o co chodzi. Powrót na ląd to była wielka niewiadoma. Na początku będąc już w zatoce trochę pływaliśmy w kółko. Okazało się, że czekamy na odpowiednio wysoką falę. Gdy taka wreszcie nadeszła, ile mocy w silniku ruszyliśmy za nią. My na łodzi musieliśmy się mocno trzymać i zaprzeć nogą. Przy samym brzegu dogoniliśmy spienioną potężną grzywę i dosłownie „na fali” wjechaliśmy na piasek! W jakimś filmie widziałam jak robił to Robert De Niro. Teraz zrobiłam to ja – Asia Kusiak!

Tak poza tym, to byliśmy pierwszymi klientami z Polski dla Bryan, która od 10 lat zajmuje się tym interesem. Zapraszamy na emocjonującą przygodę. Bierzcie z nas przykład! Szlaki przetarte.

Z zaplanowanych największych atrakcji było tyle, ale wkrótce miało się okazać, że czekało nas jeszcze coś niezwykłego. Inna spotkana Amerykanka (ta część Meksyku w ogromnej części jest zamieszkana przez Amerykanów) – Danny – opowiedziała nam o miejscu, w którym chronią żółwie i wypuszczają je do Oceanu. Po południu udaliśmy się tam. Za ogrodzeniem na plaży znajdowały się gniazda żółwi, którymi opiekowali się wolontariusze. Dowiedzieliśmy się, że z 5 zagrożonych wyginięciem gatunków żółwi wodnych 3 przybywają na tą plażę, by złożyć jaja. Wolontariusze znajdują dość płytko zakopane jaja i przenoszą je do głębokich na około metr dołków wykopanych w piasku za ogrodzeniem. Żółwie wykluwają się po 45 dniach. Wraz z innymi gapiami doczekaliśmy na plaży do wieczora i obejrzeliśmy jedyny w swoim rodzaju spektakl narodzin! Dwa gniazda były 45 dniowe i wolontariusze, delikatnie rozkopując jamy, wyciągnęli z nich 107 wielkości śródręcza dłoni maleńkich zapiaszczonych żółwików.






 Gdy słońce wreszcie utopiło się w Oceanie na pożegnanie oświetlając niebo na różowo, a po wschodniej stronie zrobiło się ciemno, my gapie zostaliśmy ustawieni na linii narysowanej na piasku. Wolontariusze zaczęli przenosić maleństwa na plażę i puszczać wolno w ich pierwszą i najtrudniejszą podróż w życiu. A my jak ochroniarze pilnowaliśmy by żaden pies czy ptaszysko ich nie dopadło. Ze wzruszeniem patrzyliśmy jak maleńkie stworzonka niepewnie badają grunt, zadzierają łebki do góry, wąchają morską bryzę uzyskując w pakiecie GPS i nagle w te pędy – jak na możliwości żółwia oczywiście -  biegną do Oceanu Spokojnego. 




Przybijające do brzegu fale kotłują maleństwa, ale one błyskawicznie przewracają się ze skorupy na płetwy i powrotem ruszają do wody. 



A znalazłszy się w niej będą płynąć niezmordowanie przez 48 godzin! Samice powrócą na tą samą plażę w Todos Santos Baja California Meksyk (to ten niezwykle tajemniczy GPS!) za 20 lat, by złożyć w miejscu swoich narodzin pierwsze jaja w swoim życiu. Cudownie było uczestniczyć w tym najtrudniejszym, najbardziej niebezpiecznym i pochłaniającym najwięcej ofiar etapie życia żółwi – czyli wędrówce do morza przez otwartą plażę.

Na koniec, głównie by wesprzeć tych co ratują żółwie i też trochę na pamiątkę wzruszających chwil, kupiłam sobie koszulkę za 20 USD. Kasa poszła na rzecz ratowania żółwi. Wolę taką koszulkę niż kolczyki, które facet w centrum bardzo usilnie chciał mi wcisnąć. A oto strona organizacji ratującej te żółwie, które jak przeżyją, to może spotkamy je w Japonii lub Chile: www.todostortugueros.org



Ostatnie spojrzenie na zapadłą dziurę w ciągłej budowie – Todos Santos – i wracamy do Mexico City. Po drodze zakupiliśmy miejscowe domowej roboty słodycze – pyszne ciasteczka – rogaliki z kruchego ciasta z karmelem i mleczne ciasteczka (nieco, ale tylko nieco, zbliżone do naszych krówek). Nie kupować galaretek – żelatynowa ohyda.

Jeszcze kilka słów o naszym samochodzie. Mieliśmy z nim niezłego zgryza, gdyż… nie zamykał się. Kluczyk był wygięty i bez pilota. Biorąc go z wypożyczalni nie przyszło nam do głowy, by sprawdzić czy się zamyka! No cóż, zostawialiśmy go otwartego…




Lotnisko w La Paz pożegnaliśmy z lekką nostalgią.


 Za chwilę jednak okazało się, że tak szybko Kalifornia Południowa nas nie wypuści, gdyż nasz samolot ma 3 godziny opóźnienia! Pogoda nad Tijuaną popsuła wielu podróżującym szyki, a my też trafiliśmy do tej grupy. Ledwo ogłosili to opóźnienie, to podszedł do nas człowiek z obsługi i wyjaśnił nam po angielsku (wg naszych obserwacji ten gość był jedyną osobą władającą tym językiem na międzynarodowym lotnisku!), że zaraz dostaniemy vouchery  na jedzenie i picie – tosty z kurczakiem i frytkami oraz coca – colę. Dzięki temu opóźnieniu Tomek mógł uzupełnić bloga dodając zdjęcia.

Do stolicy dotarliśmy po zmroku, co od razu zmusiło nas do wzięcia taxi korporacyjnej z lotniska – 240 peso (płaci się na lotnisku i z kwitkiem wędruje do auta). Wyluzowani powędrowaliśmy do bramy nr 1 i… szczęka nam opadła. Takich jak my były setki. Z powodu mgły na Tijuaną zrobiło się wielkie zamieszanie na lotnisku w Mexico City. Tłumy Meksykanów jednocześnie chciały wrócić do domów, a do tego doszli jeszcze pielgrzymi udający się na jutrzejsze święto do Guadelupy. Nie było wyjścia, jak w PRL należało odstać swoje 30 minut w kolejce. A kolejek było 4 i każda do innej korporacji. Jadąc już przez miasto obserwowaliśmy kolejne tłumy ludzi z obrazami i figurami Matki Boskiej, kwiatami, tobołkami, plecakami, walizkami, wózkami dziecięcymi z zawartością dzieci, wózkami sklepowymi z zawartością ubrań, namiotów, krzesełek, dziećmi zakutanymi w koce i dziećmi biegającymi bezwładnie wokół dorosłych. Chociaż ludzie ci zmierzali w różnych kierunkach, nie mieliśmy wątpliwości, że jutro wszyscy spotkają się pod Bazyliką w Gaudalupe.

Nadszedł wreszcie dzień, który stanowił główny, pierwotny, podstawowy powód naszej (mojej i Tomka, bo Ewa ze Sławkiem wybrali zakupy) wyprawy Meksyk 2015 – 12 grudnia. Największy odpust świata, największe i najważniejsze chrześcijańskie święto Obu Ameryk – Matki Boskiej z Guadalupe. Wspomnienie wczorajszych tłumów wywołało u nas zachowania co najmniej survivalowe. Zabraliśmy ze sobą tylko najważniejsze rzeczy chowając je po kieszeniach czyli niewiele dobrze zbunkrowanej kasy, bilety do metra, wodę mineralną do ręki i aparat na szyję. Żadnych torebek i plecaków. W hostelu przestrzegli nas,  że będziemy jechać 40 minut (poprzednio tą trasę zrobiliśmy w 15 minut). Wyruszając około godz. 9:00 metro mieliśmy puste i dojechaliśmy w… 15 minut. A na miejscu okazało się, że rzeczywiście tłumy są, ale porządkowi tak regulują marszem pielgrzymów, że jest pełna swoboda ruchów, nikt się nie przepycha, nie ma ścisku i deptania sobie po paluchach. Teren wokół Bazyliki jest tak ogromny, że przyjąć może kilka boeingów dreamlinerów. Napięcie gdzieś zniknęło i teraz śmieszą mnie nasze „wojenne” przygotowania zabezpieczające przez złodziejami – pseudopielgrzymami.

Tymczasem pod Bazyliką… Wielka indiańska fiesta, feria wirujących barw, strojnych pióropuszy kołyszących się w rytm grzechotek, podskakujących w takt tak mocnego walenia w bębny, że aż moje podeszwy butów odczuwały drżenia, a serce łomotało  taram, tam, taram, taram, tam, tam. 
































Niesamowita energia, która jakby dała się okiełznać, to niejedno miasto zaświeciłoby darmowym blaskiem. Radość witania, entuzjazm oddawania czci Matce Boskiej o twarzy Indianki mieliśmy na wyciągnięcie ręki. I braliśmy to całymi garściami… Na zapas, do naszego smutnego kraju.

Popołudnie przywiało chmury, które popsuły Tomkowi światło i narzekał robiąc zdjęcia:

Casa de Los Azulejos





Zabytkowej poczcie










El Mariachi na Placu Garbaldi








Ostatni dzień w największym mieście świata, w którym zmieściłoby się ¾ obywateli Polski, w mieście smogu szczypiącego w oczy, którego mimo wszystko trochę będzie mi brakować. Rano wybraliśmy się w długą podróż lokalnym transportem (metrem i pociągiem o nazwie tren ligero) na przedmieścia, by zobaczyć muśnięcie, ledwie cień dawnej świetności azteckiej stolicy Tenochtitlanu w postaci Xochimilco. Powolne pływanie kolorową łodzią (200 peso os osobna 1 godzinę) po kanałach jeziora Tlatelolco dostarczyło nam dawkę wyciszenia i relaksu. Wkrótce jednak rozleniwienie ustąpiło bacznej obserwacji wesołego rodzinnego życia Meksykanów imprezujących na łodziach w towarzystwie mariachi.

Powrót do centrum historico był dwuetapowy, gdyż zatrzymaliśmy się w Muzeum Dolores Olmedo (75 peso). Kontynuowaliśmy czas relaksu na terenie zadbanego ogrodu owładniętego przez pawie i w ciszy podziwialiśmy obrazy Fridy Kahlo i Diego Riviery.

Obiad zjedliśmy niedaleko Zocalo,  wyjątkowo na koniec w restauracji La Capilla, ale paella nas nie powaliła. W Barcelonie robią znacznie smaczniejsze…

Potem z Tomkiem wyruszyliśmy metrem by zużyć ostatnie bilety i skorzystać czas darmowej niedzieli w niektórych muzeach. Mieliśmy zaległe Muzeum Murali Diego Riviery na Hidalgo z przepięknym muralem „Śniadanie w Parku Alameda”.

Do samego wyjazdu na lotnisko chłonęliśmy ostatnie chwile tego meksykańskiego molocha wybierając same przyjemności: lody zrobione ze samych owoców, kawę (to Tomek, ale mówił, że trafił na dobrą), ja czekoladę (zrażona jestem do kawy meksykańskiej totalnie) na tarasie nad Zocalo i ostatnie guacamole w naszym hotelu (bagaże na cały dzień za darmo trzymaliśmy w hotelowej przechowalni).

Siedząc na tarasie i mając Zocalo u stóp podziwialiśmy umiejętności Meksykanów zorganizowania przy temperaturze 20 stopni C lodowiska i powoli wczuwaliśmy się w atmosferę zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Ogromne dekoracje świąteczne, udekorowana bombkami choinka i wpadające w ucho rozpoznawalne, choć po hiszpańsku, piosenki świąteczne znacznie nam to ułatwiały. 




W fajnym czasie przybyliśmy do tego kolorowego kraju przyjaznych ludzi.

Crazy driver bez zbędnej zwłoki w jego mniemaniu, a dla nas zbyt szybko, zawiózł nas na lotnisko (160 peso). Nie mogliśmy dokonać odprawy online (rezerwacja Air France, ale lot liniami partnerskimi Aero Mexico), dlatego też formalności dokończyliśmy na lotnisku. Do Paryża dolecieliśmy o czasie.

Koniec podróży. Podsumowując, stwierdziliśmy , że:

- widzieliśmy bardzo dużo zróżnicowanych atrakcji,

- w Mexico City nie chcielibyśmy mieszkać, bo męczą nas tłumy i smog,

-  jak zwykle rzeczywistość małomiasteczkowa nas chwytała za serce,

- było bezpiecznie pod każdym względem (no, nawet zostawialiśmy otwarty samochód, co prawda nie z własnej woli, ale jednak…),

- wieloryby i żółwiki rozpoczynające swoją wędrówkę przez życie były dla nas największą atrakcją,

- ale Jukatan zrobił na nas większe wrażenie… Więcej Indian, swojsko, domowo…

Żal, że już koniec. Pewnie. Ale dzięki temu mogę planować już kolejną wyprawę. 




1 komentarz:

Anonimowy pisze...

O matko ale cudo ... no to daliście czadu :))) !!!
Pozdrawiam Janek
No raz jeszcze wielkie wypadają mi gały :)))

Argentyna - podróż, która zmieniła całe moje życie

  Argentyna - wyprawa, która zmieniła moje życie 😀💪 Pomysł wyjazdu zrodził się z wielkiego pragnienia obcowania z absolutnym pięknem naj...